Chapter Text
Kiedy przyprowadzono go do prezydenta, jak zawsze, żeby się pożegnał przed snem, Rufus, inaczej niż zawsze, zamiast powiedzieć „dobranoc" i grzecznie zniknąć w korytarzu prowadzącym do sypialni, niepewnie spytał:
— Tato, czy... — urwał, przestraszony.
— Rufus, chłopcze, mam jeszcze dużo pracy – wyduś to z siebie — Shinra zreflektował się — skarbie.
— Sephiroth... musi pojechać do Wutai, prawda? — szepnął dzieciak.
— Oczywiście, nie po to wydałem tyle forsy na ten projekt, żeby teraz – ach. — Prezydent zamilkł na chwilę. — Pamiętam. Bawiliście się czasem razem. — Podniósł wzrok znad papierów, westchnąwszy. — Rozumiem, że się przejmujesz utratą... towarzystwa, ale...
— Sephiroth nie jest żadnym „towarzystwem" — przerwał mu syn — Sephiroth jest moim przyjacielem — „moim jedynym przyjacielem" chciał dodać, ale uznał, że ojciec weźmie go za mazgaja.
— Rufus, jesteś już duży, zachowuj się jak mężczyzna, nie rozkapryszona baba. Sephiroth nie został stwo... nie żyje po to, żeby być twoim przyjacielem, na zabawkę nie wydałbym miliardów – chociaż, oczywiście, bardzo cię kocham – jego głównym zadaniem jest walka w interesach ShinRy i dlatego właśnie jedzie do Wutai – nie na zawsze zresztą, więc po co te fochy? Pomyśl, że wszystko, co zdobędzie, będzie kiedyś należało do ciebie. Znajdziemy ci innych znajomych.
— Nie chcę innych — oznajmił uparcie chłopiec.
— W takim razie nie będziesz miał towarzystwa wcale. Twój wybór — ton prezydenta stwardniał, jak zwykle, kiedy napotykał opór – do licha, starał się, jak mógł, wypruwał sobie żyły dla tego dzieciaka, zapewniał mu wszelki zbytek i proszę, jaka nagroda go spotyka, nawet posłuszeństwa we własnym domu się doczekać nie może, nie mówiąc już o zrozumieniu. Albo chwili wypoczynku. Czy Rufus myśli, że pieniądze zarobią się same, a wojny wygrają ot tak, od pstryknięcia palcami?
Dzieciak zacisnął wargi, wziął głęboki wdech, jakby wstrzymywał smutek albo złość, ruszył ku drzwiom. Głos ojca zatrzymał go w pół kroku:
— Ejże, a gdzie „dobranoc, tato", hm? Myślałem, że jesteś lepiej wychowany.
— Dobranoc, tato — odpowiedział chłodno chłopiec, skłaniając uprzejmie głowę. — Owocnej pracy. Miłych snów.
— Dobranoc, kochanie. — To było to, czego oczekiwał: spokojny, pełen miłości oraz troski dom. Humor prezydenta zmienił się gwałtownie, znowu, tym razem na lepsze, dodał więc ciepło: — Karaluchy pod poduchy. I, skarbie, przyjmij dobrą radę. — Dziecko odwróciło głowę, ręka guwernantki cofnęła się znad klamki. — Nie przywiązuj się tak bardzo do rzeczy.
