Actions

Work Header

Pewnego razu w Nowym Jorku

Summary:

Remus chce zmienić swoje życie, ale czy będzie miał odwagę to zrobić?

Work Text:

Remus coraz bardziej nerwowo sprawdzał każdy centymetr posiadanego bagażu. Niestety, koperty z pieniędzmi nie było w żadnej z licznych kieszeni torby podróżnej, ani wypchanego plecaka, do którego przyczepiona była karimata i za sznurówki przywiązane dość znoszone, ale wciąż jeszcze solidne, wygodne trapery.

 

Ciężko usiadł na schodach dworca, chowając twarz w dłoniach. Czy naprawdę wszystko sprzysięgło się przeciwko niemu? Może ojciec miał rację. Może Panu naprawdę nie podobał się jego wyjazd. Może był z niego niezadowolony i w ten sposób dawał mu znać, że powinien wrócić do domu, pokornie poprosić o wybaczenie guru ich zgromadzenia, ukorzyć się i przyznać do tego, że jego pragnienia i myśli są grzeszne? A potem większą gorliwością uczestniczyć w religijnym życiu wspólnoty, wyzbyć się tych plugawych żądz, które towarzyszyły mu od przeszło trzech lat, poprosić ojca, by wspólnie z panią Allen zaaranżowali jego spotkanie z Sue-Ann, ożenić się, spłodzić dzieci…

 

Tu umysł Remusa, jak zwykle, gdy dochodziło do tego punktu rozważań, zatrzymał się nagle, a jego żołądek skręcił w nerwowym uczuciu dyskomfortu. Nie, to było wykluczone. Nawet, gdyby udało mu się spełnić ten obowiązek małżeński (w co wątpił, skoro mdliło go na samą myśl o legnięciu z kobietą), to sprowadzenie dzieci na świat, a potem pozostawienie ich w tej samej izolacji, przez którą cierpiał całe swoje życie… nie, nie mógł im tego zrobić. Ani sobie. Ani nawet Sue-Ann, która była miłą, słodką dziewczyną i zasługiwała na kogoś, kto będzie chciał się z nią ożenić i mieć z nią dzieci, a nie na kogoś, komu nawet myśl o tym sprawiała przykrość.

 

- Hej, chłopcze, mówię do ciebie. – Remus poderwał się z miejsca, gdy w jego rozważania wdarł się zniecierpliwiony głos. Mężczyzna w uniformie strażnika wpatrywał się w niego podejrzliwie. – Masz bilet?

 

- Bilet? – powtórzył Remus, próbując zebrać myśli. Stojący przed nim człowiek zmarszczył brwi.

 

- Bilet – powtórzył. – Jeśli wyjeżdżasz i czekasz teraz na pociąg, powinieneś mieć bilet, by móc pozostać na dworcu. Jeśli zaś skądś przyjechałeś, to pora ruszać dalej. Stacja to nie przechowalnia dla włóczęgów… ani uciekinierów z domu – dodał i Remus mocniej przycisnął do siebie torbę, zarzucając na ramię plecak. Było to po nim widać? Miał wypisane na twarzy „zawiodłem wszystkich i uciekłem z domu”? Bez dalszych ponagleń opuścił budynek dworca i wyszedł na zwykle tętniące życiem, a teraz nieco wyludnione ulice Nowego Jorku, kuląc ramiona w mocnych podmuchach przenikliwie zimnego, porywistego wiatru.

 

W kieszeni miał niecałe dziesięć dolarów, które zostały mu po kupnie biletu i nie miał pojęcia, co zrobić dalej. Musiał usiąść gdzieś i przemyśleć swoją sytuację. Przez chwilę wahał się, czy luksus zacisznej kawiarni i gorącego napoju naprawdę wart jest jego ostatnich pieniędzy, ale na co innego miałby je przeznaczyć?

 

Lokal, do którego wszedł, był dość osobliwy. Na ścianach wisiały pęki jakichś ziół i mnóstwo bambusowych dzwonków wietrznych, szklanych koralików i luster, a na wszystkich krzesłach siedziały koty. Remus rozejrzał się dookoła z oszołomieniem; do tej pory koty widywał raczej tylko w stodołach czy pod garażem i zwykle te chude, wyliniałe stworzenia wydawały się mieć bojaźń bożą wpojoną jeszcze mocniej od niego, uciekając przed ludźmi, gdy tylko ci podeszli zbyt blisko. Wyraźnie znały swoje miejsce, w przeciwieństwie do tych tłustych, zadowolonych z życia kocurów, które wylegiwały się na krzesłach zupełnie jak pełnoprawni goście kawiarni.

 

- Och! Po prostu zgoń jakiegoś i siadaj, gdzie ci wygodnie. – Rudowłosa dziewczyna, siedząca dotąd za ladą z książką w ręku, wstała i przerzuciła nogi przez bar, by znaleźć się przy boku Remusa. – Horacy, zmiataj stąd! Masz do wyboru co najmniej dziesięć drapaków! Czasem mówię Barty’emu – dodała, zwracając się do Remusa – że kupując drapaki, tylko niepotrzebnie wyrzuca pieniądze w błoto, bo koty i tak wolą siedzieć gdziekolwiek, a drapią chętniej nas, niż te sizalowe słupki… Jestem Lily – dodała i Remus odwzajemnił jej życzliwy uśmiech. – Co mogę ci podać?

 

- Kawę. – Remus przestudiował ceny, wypisane kredą na ściennej tablicy i własne finanse. Był głodny; ostatni posiłek, zawinięte w papier śniadaniowy kanapki, zjadł ponad czternaście godzin temu w pociągu jadącym z Clevland w Ohio. Podróż głównie przespał, wyczerpany najpierw planowaniem swojej ucieczki, a potem nerwowym sprawdzaniem wszystkich punktów swojego planu po raz dziesiąty. Tego, że go okradną, plan nie uwzględniał. 

 

Dziewczyna, Lily, patrzyła na niego wyczekująco.

 

- Kawę i…? – zapytała, przechylając głowę w bok i obserwując go ciekawie. Remus posłał jej blady uśmiech.

 

- Tylko kawę – powiedział, starając się nie czerwienić. – I mapę, jeśli masz coś takiego?

 

- Mapę. Jasne. – Lily rzuciła mu kolejne nieodgadnione spojrzenie, a potem pochyliła się i wyciągnęła spod lady nieco zakurzone i widać, że dawno nieużywane, mapy. – To duże miasto. Szukasz czegoś konkretnego? Nie byłoby ci łatwiej sprawdzić mapy w telefonie? Aktualizują się na bieżąco. Co do tych, niczego nie gwarantuję, trzymamy je tylko dlatego, że Barty „gardzi” technologią. – Wykonała w powietrzu znak cudzysłowu i wywróciła czule oczami. – Co nie przeszkadza mu korzystać z Booking i Tindera, oczywiście.

 

- Nie mam telefonu – musiał przyznać Remus i Lily, która właśnie stawiała na ladzie dzbanek z kawą, podsunęła mu talerz z babeczką. Remus przełknął ślinę, mając nadzieję, że nie słychać upokarzającego burczenia w jego brzuchu. – Tego nie zamawiałem.

 

- Gratis do kawy. – Lily przegoniła z krzesła wyraźnie niezadowolonego kota i strzepnęła z siedzenia trochę sierści. – Siadaj. Umiesz w ogóle posługiwać się telefonem? – zapytała rzeczowo i bez osądu w głosie, ale Remus i tak poczerwieniał. – Mogłabym pożyczyć ci swój.

 

Cóż, to było upokarzające. Ale jakieś miał wyjście?

 

- Nie bardzo – przyznał. – Nigdy nie miałem telefonu. Tam, skąd pochodzę, są tylko budki telefoniczne, najbliższa kilkadziesiąt kilometrów od naszej osady.

 

- Rozumiem. – Lily sięgnęła po telefon i postukała w ekran. – Szukamy czegoś konkretnego?

 

- Mam tu zapisany adres. – Remus z kieszeni kurtki wyjął złożoną kartkę, na której pochyłym pismem zapisano nazwisko i adres. Był też numer telefonu, ale kartkę ktoś przedarł tak niefortunnie, że kilka ostatnich cyfr uległo zniszczeniu z oddartym, dolnym rogiem.

 

Remus wyraźnie pamiętał całą historię tej kartki. Od momentu, jak przypadkiem poznany na drodze chłopak, któremu zepsuł się samochód wcisnął mu ją ukradkiem, aż do chwili, gdy jego ojciec znalazł ją pod szeregiem schludnie złożonych koszul. Podartą przez niego kartkę, Remus wyciągnął z kosza i skleił, razem ze łzami przełykając i gniew. Podbite oko bolało mniej nawet, niż duma. Był pewny, że gdyby żyła matka, nie pozwoliłaby go tak traktować. Mgliście pamiętał, jak próbowała zabrać go z sekty. Udało jej się nawet załatwić im miejsce w jakimś ośrodku pomocy stanowej. Kiedy zginęła w wypadku, potrącona przez pijanego kierowcę, ojciec Remusa odebrał go z rąk policji. Na ciało swojej żony nawet nie spojrzał. Remus nie miał pojęcia, gdzie pochowano jego matkę. Może nawet nie miała grobu, skoro nie było nikogo, kto chciałby zapłacić za pogrzeb.

 

Opuszczenie wspólnoty było równoznaczne ze śmiercią w oczach tych, którzy zostali. Odchodząc zrywało się wszelkie więzy, jakie łączyły z rodziną i przyjaciółmi, którzy od tej pory nie mieli nawet prawa odezwać się do buntownika, gdyby przypadkiem spotkali go na ulicy. Był dla nich martwy. Od tego nie było dyspensy. Ojciec Remusa nigdy nie wymówił imienia żony. Remus nie wątpił, że o niej też nie myślał. Był niezwykle oddany zgromadzeniu. To, że syn wybrał drogę matki, mogłoby złamać mu serce, gdyby je posiadał. Ale Remus nie sądził, by tak było. Zapewne, gdy odkrył jego zniknięcie, ojciec spakował jego rzeczy, by rozdać je biednym lub zniszczyć, a pokój zamknął na głucho, podobnie jak dawną sypialnię, którą dzielił z żoną i jej pokój. W domu Remusa było dużo zamkniętych pokoi i jeszcze mniej osób, które mogłyby z nich korzystać.

 

Nawet teraz, w zupełnie obcym mieście i bez grosza przy duszy, Remus czuł się znacznie bardziej żywy, niż przez ostatnie dwadzieścia lat, spędzonych w Ohio.

 

- James Potter. To twój przyjaciel?

 

- Tak. – To było łatwiejsze, niż tłumaczenie, że właściwie nie znał nawet dobrze Jamesa Pottera. Pomógł mu tylko naprawić samochód, co zajęło niecałe trzy godziny. Przegadali cały ten czas i Remus, który nie sądził, że spotka tego chłopaka jeszcze kiedykolwiek, podzielił się z nim swoją historią, wątpliwościami i nieśmiałym pragnieniem o tym, by któregoś dnia móc się stąd wyrwać. Kartkę od Jamesa znalazł wsuniętą pod kurtkę, którą mu pożyczył. „Gdybyś któregoś dnia postanowił uciec, a nie tylko o tej ucieczce myśleć, zostawiam swój adres. Przyjedź, a ja pomogę ci jak będę umiał, J.Potter”.

 

- Dobrze, zobaczmy… - Lily wpisała adres w wyszukiwarkę i zamyśliła się. – To w sumie nie tak daleko, samochodem ze trzy godziny drogi.

 

Remusa nie było stać na żaden samochód. Na inne środki komunikacji też nie.

 

- A… piechotą? – zapytał i otrzymał niedowierzające spojrzenie Lily.

 

- Za długo, byś choćby próbował. Zwłaszcza, że nie znasz miasta. – Myślała nad czymś intensywnie. – Potrzebujesz pieniędzy, prawda? Na bilet? Mogę ci pożyczyć. Nie chcę pytać, bo wyraźnie nie chcesz o tym mówić, ale… chciałabym pomóc, jeśli mogę.

 

Remus patrzył na nią zdziwiony. Przez całe życie słyszał, że świat zewnętrzny jest zły, a ludzie zdemoralizowani i podli. I owszem, okradziono go, ale te dwie osoby, które poznał – James i Lily – byli tak mili i bezinteresowni, że w ciągu kilkunastu zaledwie minut znajomości okazali mu więcej życzliwości, niż własny ojciec przez całe jego życie.

 

- Nie wiem, kiedy będę mógł ci oddać – powiedział ze wstydem. – Ja… nie mam tu żadnej pracy. Miałem ze sobą pieniądze, bym mógł się utrzymać przez jakiś czas, ale okradli mnie w podróży. Myślę, że James zgodzi się, bym został u niego trochę, póki nie znajdę jakieś pracy…

 

- Gdybym mogła, od razu zaproponowałabym ci pracę tutaj, ale po pierwsze to nie mój lokal, po drugie ledwie starcza tu pracy na mnie jedną. – Lily nie myliła się. W kawiarni, mimo że zlokalizowanej w dość ścisłym centrum, nie było dużego ruchu, zaledwie trzy zajęte stoliki. – Ale sam widzisz, że tu nie ma zbyt wiele do roboty, przynajmniej na tygodniu. Weekendami na dużej sali organizujemy różne przyjęcia i zabawy tematyczne, dzięki temu Barty’ego w ogóle stać na utrzymanie tego lokalu. Ale nie ma problemu, naprawdę. Pożyczę ci pieniądze.

 

- Dziękuję. – Remus miał ochotę ją uściskać, ale ani nie był zbyt wylewny w okazywaniu uczuć, ani nie wiedział, czy ona nie byłaby skrępowana. – Myślę, że James mi pomoże. Co prawda nie znam go prawie wcale, ale…

 

- Nie znasz go? – Oczy Lily przypominały spodki. – Ależ, Remusie, nie możesz tak po prostu jechać do obcego człowieka! A jeśli go tam nie będzie? Albo okaże się, że nie możesz się tam zatrzymać? Cokolwiek! Nie, mam lepszy pomysł. Co powiesz na to, żeby Barty podrzucił cię na miejsce? Ma samochód. Na pewno się zgodzi.

 

- Ale sama mówiłaś, że to trzy godziny jazdy. Nie mógłbym go o to prosić. Zwłaszcza, że wcale go nie znam.

 

- Toteż nie ty będziesz prosić, tylko ja. Zresztą, jest mi winien przysługę. Mimo starannie rozpisanej umowy lokatorskiej, wczoraj znowu musiałam spać tu na zapleczu, bo on przyprowadził do domu jakąś podrywkę. Ten chłopak nie ma wstydu, za to ma zdumiewające możliwości wokalne i dużą kreatywność we wzywaniu kolejnych bóstw, jak ktoś mu robi dobrze.

 

- I technicznie jest twoim szefem, Evans, który może obciąć ci pensję – zwrócił jej uwagę chłopak, który stanął w progu, pogryzając jakieś kolorowe żelki. Obrzucił Remusa długim spojrzeniem i uśmiechnął się zalotnie. – Cześć, przyjacielu Evans, jestem Barty, a ty?

 

- O, nie, nawet mowy nie ma! - sprzeciwiła się Lily. - Remus jest za miły, żebyś go podrywał!

 

- Bo co, ty postanowiłaś poderwać go pierwsza? – Barty wyraźnie się nadąsał, a Remus miał ochotę jednocześnie spłonąć z zażenowania i śmiać się głośno.

 

- Hej, nieważne, kto by mnie podrywał, jeśli tego podrywu nie odwzajemnię, nie? – odezwał się, zaskakując ich oboje – ale nie tak, jak zaskoczył samego siebie. Lily wybuchnęła śmiechem, a Barty z uznaniem pokiwał głową.

 

- Lubię go – stwierdził pogodnie, odgryzając głowę niebieskiej żyrafie. – To mówiłaś, że dokąd jedziemy, Lils?

 

 

***

 

Wyjechali dopiero następnego dnia. W nocy Remus spał na swojej karimacie w niedużym mieszkaniu, w którym mieszkali Barty i Lily. Podzielili się z nim zamówioną chińszczyzną, a Barty wygrzebał z którejś szuflady swój stary telefon i ignorując protesty Remusa, zaraz zakupił doń kartę.

 

- W tym mieście nawet bezdomni mają telefony, koleś – powiedział i wcisnął Remusowi komórkę. – Oddasz, jak będziesz mógł, a najlepiej to daj wtedy komuś innemu, jak tobie się już nie przyda.

 

Remus dość szybko opanował działanie telefonu. Pozmywał też po kolacji i śniadaniu, a także wyniósł do zsypu zalegające w rogu mieszkania pudełka po pizzy i puste puszki po piwie. Barty głośno wyrażał ubolewanie, że nie mogą go zatrzymać i nieustannie z nim flirtował, Lily śmiała się z nich obu, a Remus czuł, jak wieczny wstyd i obrzydzenie do samego siebie, które od dawna mu ciążyły na sercu, maleją z każdą sekundą. Tu nikt nie zamierzał potępiać chłopaka za to, że mógłby mu podobać się inny chłopak; Remus nie odwzajemniał flirtu Barty’ego, ale w głębi ducha napawał się każdą jego sekundą. Czuł się wyzwolony jak nigdy.

 

Do mieszkania, w którym powinien być James, dotarli przed dwudziestą. Remus już myślał, że Barty beztrosko zamknie lokal wcześniej, ale pojawił się jakiś chłopak na zastępstwo za Lily, Evan i zajął jej miejsce za ladą. Cztery godziny drogi minęły szybko, choć zdenerwowanie Remusa przybierało na sile z każdym kolejnym kilometrem. A co, jeśli James Potter tylko kurtuazyjnie zaproponował mu wtedy pomoc, a na jego widok zatrzaśnie mu drzwi przed nosem?

 

- Wtedy zostaniesz z nami, póki nie staniesz na nogi – zaproponowała Lily, ale Remus wiedział, że byłoby to trudne. Wbrew ich pogodnemu stylowi bycia i pozornej beztrosce, mieli swoje problemy. Lokal, który Barty przejął po rodzicach ledwo ciągnął, zwłaszcza że żadne z nich nie mogło poświęcić mu pełnej uwagi. Barty zajmował się swoim ciężko chorym ojcem i większość pieniędzy przeznaczał na opłacenie jego pobytu w prywatnym zakładzie, a Lily starała się łączyć pracę i studia, co było bardziej wyczerpujące, niż chciała przyznać. Mieszkanie, które wynajmowali, było mikroskopijne i Remus wiedział, że byłoby im się tam bardzo trudno pomieścić we troje.

 

- Wejdziemy z tobą – zapowiedziała Lily. – No wiesz, jeśli to jakiś drugi Jeffrey Dahmer, co to zwabia młodych mężczyzn do swojego mieszkania pod pretekstem pomocy, a potem wykorzystuje ich seksualnie i zabija, żeby zjeść ich zwłoki. Niekoniecznie nawet w tej kolejności.

 

- Dobra. – Remus był zbyt zdenerwowany, żeby się sprzeczać. Widział, jak Barty wyciągnął ze schowka broń i zmarszczył brwi. – Czy to konieczne?

 

- Lils ma rację, to może być jakiś świr. – Barty tylko pozornie był lekkomyślny i dbał o ludzi, na których mu zależało. Lily była jego przyjaciółką, a Remus wzbudzał w nich obojgu instynkty opiekuńcze, mimo że był o głowę wyższy od niego. – Nie cykaj się, Remmy, mam zezwolenie i wiem, jak się tym posługiwać, nie strzelam w co popadnie. No, idziemy?

 

 

Drzwi otworzył im ciemnowłosy chłopak, który zdecydowanie nie był Jamesem Potterem. Był szczupły, niski i nie wydawał się przesadnie przyjazny. Patrzył na nich chłodnymi, szarymi oczami, a jego twarz o wysokich kościach policzkowych była zupełnie pozbawiona wyrazu.

 

- Czy jest James? – spytał Remus. – Jestem Remus Lupin. Ja, hm, cóż, James powiedział kiedyś, żebym przyjechał, gdybym postanowił wyrwać się z domu i… no, jestem – dokończył niezręcznie. W oczach chłopaka błysnęła drwina.

 

- Ach, kolejny projekt ratunkowy Świętego Pottera Od Ludzi Ukrzywdzonych – skomentował i Remus aż cofnął się o krok, Lily zacisnęła pięści, a Barty – ku ich zdumieniu – zachichotał.

 

- Lubię tego typa – obwieścił i posłał wciąż nieprzyjaznemu chłopakowi promienny uśmiech. – Jak się nazywasz, skarbie?

 

- Nazywam się To-Nie-Twój-Interes – oznajmił wyniośle zapytany, ale zawahał się przed zatrzaśnięciem drzwi. A zanim zdążył to zrobić, ktoś wbiegł po schodach, przeskakując po dwa stopnie.

 

- Ta przeklęta winda znowu nie działa! – pożalił się nikt inny, jak James Potter. Klepnął nadąsanego chłopaka w ramię i zwrócił się w stronę przybyłych. – To twoi znajomi, Reggie? Nie wiedziałem, że masz jakichkolwiek.

 

- Wątpliwe poczucie humoru Syriusza wyraźnie ci się udziela. – Regulus Black obrzucił go zdegustowanym spojrzeniem i wskazał na Remusa. – Ten tu mówi, że cię zna.

 

- Hm… och, Remus, wybacz, nie poznałem cię przez chwilę! – James na jego widok wyglądał, jakby naprawdę się ucieszył i jeśli tylko udawał, musiał być niezłym aktorem. – Czy to oznacza to, co mi się wydaje? Zdecydowałeś się odejść?

 

- Tak – potwierdził Remus. Regulus spojrzał na niego uważnie.

 

- Skąd odejść? – zapytał i James przygryzł wargę. Oczy Regulusa rozszerzyły się. – Do cholery, Potter, postanowiłeś kolejne biedactwo wyrwać ze szponów sekty? Może zrób z tego sport olimpijski i zgarnij wszystkie medale, co?

 

- Nie wiem, kim jesteś – zwróciła mu uwagę Lily. – Ale to trochę niegrzeczne, co mówisz.

 

- Och, wiesz, usprawiedliwia mnie to, że byłem w sekcie, my nie wiemy, jak się zachować wśród ludzi. – Regulus obrzucił ich kolejnym spojrzeniem, a potem wzruszył ramionami i cofnął się o krok, wpuszczając ich do mieszkania. – Zrobię herbatę.

 

- Wyciągnij też piwo! – zawołał za nim James. – Tylko sam nie pij, bo twój brat mnie udusi.

 

- Wiesz, że Syriusz jest twoim bratem nawet bardziej, niż moim? – Regulus zniknął w kuchni, a James zgniótł Remusa w niedźwiedzim uścisku.

 

- Naprawdę cieszę się, że przyjechałeś – powiedział z szerokim uśmiechem i Remus niepewnie odwzajemnił uścisk. – Regulus to brat chłopaka, o którym ci wtedy mówiłem. Syriusz uciekł z sekty trzy lata temu. W tym roku udało mu się wydostać brata i ściągnąć go do siebie. Mieszkamy tu we trzech, ale nie przejmuj się! Miejsce dla ciebie się znajdzie. A wy jesteście…

 

- Barty-kierowca, a to jest Lily – dokonał prezentacji Barty, rozglądając się ciekawie po mieszkaniu. – Co to, jakieś schronienie dla ofiar sekty, Potter?

 

- Barty, nie bądź dupkiem - mruknęła Lily. – Ja uważam, że to fantastyczne, co zrobiłeś, Jamesie Potterze.

 

- Ty jesteś fantastyczna – wypalił James. Na chwilę zapadła cisza. Lily wyraźnie wyglądała, jakby próbowała się nie roześmiać, Remus gryzł się w policzek, a James Potter, który uświadomił sobie co powiedział, stęknął boleśnie. – O jak rany – jęknął w końcu. – Syriusz ma rację, jestem w podrywaniu najgorszy na świecie…

 

- Czy ja wiem – zaśmiała się Lily. – Przekaz jasny i zrozumiały, całkiem mile przyjęty. Kto wie? Może nawet pozwolę ci zaprosić się na randkę. Skoro już jestem w twoim mieszkaniu i zamierzam pić piwo…

 

- Ma podryw lepszy od ciebie – poinformował bezlitośnie Barty oszołomionego i zachwyconego Jamesa. Cofnął się pod ścianę, gdy do przedpokoju weszła kolejna osoba. – Robi się tu coraz bardziej tłoczno…

 

- Cześć. – Zaskoczony chłopak obrzucił ich zaciekawionym spojrzeniem. – Mamy tu jakąś tajną imprezę? Akurat w przedpokoju? Co z ciebie za gospodarz, Jamie? Jestem Syriusz – przedstawił się od razu. Przywitał się z Lily i Bartym, wysłuchał nieco chaotycznych wyjaśnień Jamesa i zmarszczył lekko brwi, zanim ujął rękę Remusa i przytrzymał ją chwilę w uścisku. – Cześć i tobie – powiedział cicho. – Jestem Syriusz.

 

- Remus. – Remus przełknął ślinę, złapany w uważne spojrzenie jego oczu. Były szare, jak oczy Regulusa, ale w przeciwieństwie do chłodu tamtych, te lśniły życiem, energią i silną wolą działania. Syriusz miał na sobie skórzaną kurtkę, podarte dżinsy, oczy podkreślone eyelinerem i polakierowane na czarno paznokcie. Patrząc na niego Remus doświadczył przeszywającego uczucia tej samej tęsknoty, która czasem sprawiała, że czuł się grzeszny. Był wszystkim tym, co do tej pory było zakazane i uosobieniem piękna w jednym.

 

Jego kciuk lekko podtarł wewnętrzną stronę nadgarstka Remusa i ten zadrżał, jednocześnie mając ochotę wzmocnić uścisk i wyrwać rękę. Na szczęście Syriusz sam go puścił, zanim zdążył się skompromitować.

 

- Więc ty też uciekłeś? – Lily patrzyła na niego z sympatią, gdy Syriusz z wdziękiem zabrał od nich kurtki, rzucił je na wieszak, a potem zaprosił ich do niedużego salonu, wskazując miejsca przy niskiej, szerokiej ławie. James donosił kolejne naczynia na tę improwizowaną kolację, a Barty został oddelegowany do kuchni, by pomóc Regulusowi z pizzą, którą tamten miał podać. Jako, że jej ilość mogła okazać się niewystarczająca przy tej liczbie gości, postanowili przyrządzić jeszcze szybkie spaghetti i James zastał ich zgodnie siekających cebulę i podsmażających pomidory z puszki, po czym wręczono mu piwo i wyrzucono z własnej kuchni. Ku jego zdumieniu, zwykle mocno antypatyczny brat Syriusza zdawał się nieźle dogadywać z bezpośrednim Bartym. 

 

- Nie mówię, że każda religia to gówno, ale religijny fanatyzm jest do kitu. – Syriusz spojrzał na Remusa, który nieporadnie próbował otworzyć sobie piwo i lekki uśmiech zabłąkał się w kąciku jest ust. – Chciałem uciec odkąd pamiętam. Kilka lat temu rodzice zgodzili się wysłać mnie do mojej kuzynki w mieście. Myśleli, że Andromeda nadal wierzy w te wszystkie brednie, które wciskało nam zgromadzenie i wyjechała, żeby nawracać ludzi, ale okazało się, że Andy przejrzała na oczy. Mi też pomogła. Chciała, żebym się u niej zatrzymał, ale wtedy jeszcze byłem niepełnoletni, a gdyby mnie szukali, to jej mieszkanie byłoby pierwszym miejsce, w którym by mogli. Ale dzięki niej dostałem się na kurs przygotowawczy i zdobyłem miejsce na uczelni. Tam poznałem Jamesa. Zaproponował, żebyśmy zamieszkali razem, Andy początkowo płaciła moją część czynszu…

 

- A jakieś dwa lata temu Syriusz odkrył, że może połączyć swoje dwie ulubione czynności, czyli rysowanie i krzywdzenie ludzi, a jeszcze chcą mu za to płacić… Czemu mnie bijesz? – James zaśmiał się, gdy Syriusz uderzył go w głowę. – Mówię tylko, że za tatuowanie nieźle płacą.

 

- Biję cię za sugerowanie, że lubię krzywdzić ludzi. Właściwie jest odwrotnie, przynajmniej jeśli chodzi o sprawy łóżkowe. – Syriusz uśmiechnął się, gdy Lily zakrztusiła się piwem. – Co, gorszę cię, Evans?

 

- Pomyślałby kto, że po Bartym powinnam być uodporniona. – Lily potrząsnęła głową. – To jest to, co wy dwaj nazywacie luźną rozmową w gronie dopiero co poznanych ludzi? Gadkę o preferencjach seksualnych?

 

- Na moją obronę mam tylko to, że on zaczął. – Syriusz uśmiechnął się łobuzersko. – Ja zostawiam to zwykle dopiero na trzecią randkę. A ty, Remusie?

 

- A ja jeszcze nigdy nie byłem na żadnej – wyznał Remus i uśmiech Syriusza zmienił się w coś znacznie delikatniejszego, gdy pochylił się do niego, prawie dotykając go ramieniem. Jego ciemne, jedwabiste loki musnęły policzek Remusa i ten mimowolnie wciągnął w nozdrza zapach Syriusza. Opuścił rękę w ostatniej chwili, nim zdążył zacisnąć palce na jego włosach.

 

- Jeśli się zgodzisz, kiedyś cię na jakąś zaproszę. Nawet jeśli się nie uda, tematów do rozmowy nam nie zabraknie. Wyrwanie się z sekty to historia, o której można napisać całą książkę. Chcesz zatrzymać się tutaj?

 

- Jeśli znajdzie się dla mnie miejsce…

 

- Oczywiście. Oddam ci swój pokój, a ja przez ten czas będę spał z Regulusem. Jamie, pasuje ci to? W końcu to twoje mieszkanie.

 

- Jakby mi nie pasowało, to bym tu Remusa nie zapraszał. – James wyglądał na zadowolonego z życia, siedząc u boku Lily i rozmawiając z nią o studiach. Okazało się, że studiują ten sam kierunek i oboje byli tym niezwykle podekscytowani.

 

W kuchni Regulus i Barty przypalili cebulę, bo zajęli się całowaniem.

 

Remus, spoglądając na twarze nowych przyjaciół i czując obok siebie ciepło ciała Syriusza, po raz pierwszy od dawna miał nadzieję, że wszystko będzie dobrze.

 

***

 

Sześć lat później.

 

Mały jasnowłosy chłopczyk trzymał się mocno matczynej ręki i wielkimi oczami rozglądał dookoła. Jego matka, sama jeszcze młodziutka, zatrzymała się niepewnie przed dużą kawiarnią. To miejsce było takie eleganckie, czy na pewno dobrze trafili? Jej znoszona, niemodna sukienka wydawała się zupełnie nie pasować do otoczenia, w jakim się znalazła. A jednak włosy splecione w nietwarzowy warkocz i podkrążone oczy nie mogły ukryć faktu, że Narcyza była niezaprzeczalnie piękną dziewczyną. Najbardziej wpływowy człowiek w ich zgromadzeniu, prawa ręka guru Toma, zauważył to już dawno temu. Narcyza długo pokornie znosiła despotyczną naturę Lucjusza i jego wybuchy złego humoru. Ale gdy po raz pierwszy uderzył Draco, zabrała syna i uciekła.

 

- Dzień dobry - powiedziała sztywno do chłopaka za ladą. - Ja... nie jestem pewna, czy dobrze trafiłam. Czy znajdę tu Syriusza Blacka?

 

- Nie. - Chłopak nawet nie podniósł wzroku znad czytanego komiksu. Narcyza bezsilnie opadła na krzesło. Mieli za sobą długą podróż, Draco był zmęczony i coraz bardziej marudny, a ona sama wyczerpana. Nie miała pojęcia, co dalej. - Ale jest Regulus Black. Zawołać?

 

Regulus! Narcyza odetchnęła głębiej. 

 

- Tak, proszę. 

 

- Szefie! Ktoś chce z tobą rozmawiać!

 

- Idę. - Barty wyszedł z zaplecza i rozejrzał się. - No? - ponaglił pracownika, unosząc brwi. - Kto chce ze mną rozmawiać?

 

- Z tobą, szefie, to nikt, z drugim szefem - wyjaśnił Evan i Barty wywrócił oczami. - O, ta dziewczyna tam, z tym dzieckiem. 

 

- Cześć. - Barty obrzucił uważnym spojrzeniem proste odzienie przybyłych i ich wyraźny niepokój. - Jestem Barty. Szukasz Regulusa? To mój mąż. Nie ma go chwilowo, pojechał po towar. Mogę ci w czymś pomóc?

 

- Ja... nie wiem. - Narcyza zawahała się. - Dostałam... moja siostra, Andromeda, przyjechała kiedyś do domu mojego męża. Nie udało nam się porozmawiać, bo Lucjusz się nie zgodził, ale znalazłam kartkę. Owinęła nią kamień i wrzuciła przez okno do mojego pokoju. 

 

- Jesteś siostrą Blacków. - Barty uśmiechnął się i mrugnął do chłopca. - Jasne, miło cię poznać. Bellatrix?

 

- Narcyza. - Narcyza odważyła się mieć nadzieję. - Czy możesz nam pomóc? My... nie chcemy tam wracać. 

 

- I nie wrócicie. - Barty zaprowadził ich na zaplecze. Zmęczony podróżą Draco zasnął wkrótce na niedużej sofie, a Narcyza, sztywno wyprostowana, siedziała przy stoliku. Kiedy niski, ciemnowłosy mężczyzna wszedł do pomieszczenia, wstała z miejsca. 

 

- Cześć, Reggie - powiedziała i Regulus podszedł do niej szybkim krokiem. Uścisnął ją krótko, odsuwając na długość ramienia. Wyglądał zupełnie inaczej, niż ten chudy, wątły chłopaczek, którego pamiętała z dzieciństwa. 

 

- Cześć, Cissy. - Jego oczy złagnodniały, gdy spojrzał na śpiącego chłopczyka. - To twój syn?

 

- Draco. - Narcyza nerwowym gestem zmięła trzymaną w rękach serwetkę. - Nie wiedziałam, dokąd pójść. Ale musiałam odejść. Mój mąż... on nie jest dobrym człowiekiem. Uderzył Draco i...

 

- Och, niech go ten jego bóg ma w opiece, by go mój mąż nie dorwał i nie uderzył jego - mruknął Regulus. - Zadzwoniłem już do Syriusza. Zatrzymasz się u naszych przyjaciół. Lily i James Potterowie prowadzą ośrodek pomocy dla ludzi, którzy odeszli z sekty. Będziecie mogli zostać tam tak długo, aż nie staniesz na nogi. Pomogą ci znaleźć pracę, mieszkanie, opiekę dla Draco. 

 

- Ich syn jest chyba w wieku Draco, nie? - wtrącił Barty. - Ma pięć lat. 

 

- Draco ma sześć, tylko wygląda na młodszego. - Narcyza  miękkim gestem pogładziła włosy śpiącego chłopca. - Dziękuję wam. Nie wiedziałam, czy dam radę. Ja... nigdy nie miałam pracy. Nawet nie wiedziałabym, gdzie zacząć. 

 

- Byłem w twojej sytuacji - powiedział Regulus. - Chłopak Syriusza, Remus, także. Nie martw się, Cissy, Potterowie ci pomogą. Oboje mają wprawę w opiekowaniu się tymi, którzy postanowili uciec.

Series this work belongs to: