Chapter Text
– Anioły… one spadają.
I właśnie tak było. Wąskie smugi światła spadały jak meteoryty z czarnych burzowych chmur przykrywających ciemne niebo. Wydawało się to jednocześnie piękne i przerażające, a Sam nie miał wcale pojęcia, co to, do diabła, oznaczało.
Poczuł drżący błysk przemykający mu po piersi i opadł na Deana. Nawet jeśli nie ukończył ostatniej Próby uśmiertelnienia Crowleya, wciąż czuł, jakby miał zaraz umrzeć. Krew w żyłach parzyła, jakby miała wypalić całe wnętrzności. Głowa pulsowała w nierównym rytmie serca i miał wrażenie, że wszystkie jego kończyny zamieniły się w galaretę. Oczy miał zamglone łzami bólu, gdy starszy brat, podpierając go, prowadził ich w kierunku Impali. Tu nareszcie Dean pozwolił mu położyć się na zimnych, skórzanych fotelach.
– Sammy? – Dean poklepał go po policzku i Sam z całych sił spróbował skupić się na bracie. – Sam, trzymaj się, dobra? Zaraz ci pomożemy, przyrzekam. Wszystko będzie dobrze.
– N…nie wiesz tego – wykrztusił Sam, podsumowując swoje słowa ostrym kaszlem, który wywołał spływającą mu po policzku stróżkę krwi. – Nie możesz! – Złapał rękaw Deana z całej siły, aż zbielały mu knykcie. Nie wiedział, dlaczego to robi, ale był pewny, że to obecność Deana sprawiała, że stopniowo blaknący świat zdawał się odrobinę bardziej wyraźny.
– Mogę – zapewnił Dean, zabierając ręce Sama ze swoich ramion i ściskając je mocno we własnych dłoniach. – Nie pozwolę, by ci się cokolwiek stało. – Dean ścisnął jego ręce jeszcze raz, zanim wypuścił je, by ruszyć w kierunku miejsca kierowcy. Jednak zanim zdążył tam dojść, Sam przypomniał sobie o ich więźniu pozostawionym w opuszczonym kościele.
“Ty, ja… my zasługujemy na miłość. Ja zasługuję, by być kochanym. Ja jedynie pragnę by ktoś mnie kochał…”
– Crowley – wykrztusił Sam, na wpół siadając, zanim powtórnie opadł bezwolnie na siedzenie. – Idź po Crowleya. Nie możemy go tam zostawić.
– Oczywiście, że możemy – odparł Dean, obracając się, by posłać Samowi niedowierzające spojrzenie. – Nie będziemy ciągnąć tego dupka na przejażdżkę, Sam. Nie ukończyłeś Próby, nie żebym na to narzekał, i to wciąż król piekła. Nie jest dla nas żadnym kumplem.
– Ma w sobie m…moją krew – zaprotestował Sam drżącym głosem. – Nie widziałeś go wtedy, Dean… część jego jest teraz człowiekiem, część jego ma w sobie… ma w sobie mnie. Jestem za niego odpowiedzialny. – Wiedział, że w jego słowach nie ma zbyt wiele sensu, ale musiał przekonać Deana do zabrania Crowleya z nimi. Jego zamglony umysł nie mógł w pełni pojąć dlaczego to takie ważne, ale nie mogli go zostawić.
– Nie jesteś wcale odpowiedzialny za tego demonicznego ciula!
– Dean, proszę – poprosił słabo. Nie wiedział, dlaczego stało się to nagle tak ważne, ale tak było. Dopóki on miał coś do powiedzenia, Crowley idzie z nimi. – Proszę, po prostu… po prostu wróć tam i go weź.
Dean obserwował brata przez dłuższy moment i Sam był już na wpół pewny, że mu odmówi, lecz łowca w końcu ustąpił. Przytakując sztywno i trzaskając mocno drzwiami, ruszył w stronę kościoła. Sam wypuścił powietrze, którego wstrzymywania wcześniej nawet sobie nie uświadamiał i pozwolił sobie na opadniecie w błogą nieświadomość.
Jeśli nadszedł kiedyś czas, by nienawidzić Winchesterów, to właśnie teraz. Niestety, miał w sobie jedynie ograniczoną ilość nienawiści i obecnie w całości skierowaną w stosunku do siebie, co uniemożliwiało mu przełożenie fantazjowania o paszeniu dżinsowo odzianych koszmarów nad roztrząsaniem własnych wnętrzności.
Poczucie winy. Wyrzuty sumienia. Żal. Wstręt do siebie. Ból – ból rodzaju, którego nie doświadczył w cały swoim długim życiu, nawet podczas tortur z największym piekielnym specjalistą. Miał wrażenie, że ktoś wlał mu do płuc gorącą lawę. Piekły go oczy i czuł łzy spływające po policzku, drażniąc rany i zadrapania pozostałe po spotkaniu z Abaddonem.
Setki twarzy przelatywały mu przez myśl. Mężczyźni. Kobiety. Dzieci. Demony. Ludzie. Potwory. Wszyscy zabici z jego ręki, większość z nich przez te same dłonie także torturowana. Niektórzy byli tak samo grzeszni jak on, ale niektórzy byli niewinni. Niektórzy tak młodzi, że nie mogliby jeszcze choćby pomyśleć o zrobieniu czegoś złego.
Słuchał ludzkich krzyków i rozkoszował się nimi. Kąpał się w krwi swoich wrogów, gdy przejął piekło, przechadzał się po ich trupach z uśmiechem na twarzy. Śmiał się na widok ciał wijących się pod płomieniami i ostrzami. Kradł, mordował, torturował – poczuł żółć podchodzącą mu do gardła na te myśli – robił cokolwiek mu się opłacało, nie zważając ile kosztowało to innych.
Wtedy nie czuł niczego poza zimną, sadystyczną satysfakcją ze swoich czynów. Nie dbał o nic poza władzą i posiadaniem, i przyjemnością, którą zapewniały. W końcu cel uświęca środki, prawda? Tak długo, jak dostawał to, czego chciał, każdy, kto wszedł mu pod nogi, był tylko stopniem do większego dobra – jego osobistego większego dobra.
Był demonem. Zimnym. Pozbawionym uczuć. Bezwzględnym. Idealnym. Aż do teraz.
Ogromne wyrzuty sumienia, które go dopadły, okazały się najgorszą torturą, jakiej kiedykolwiek doświadczył, a przecież cierpiał w piekle przez stulecia po tym, jak ogary zaciągnęły go na dół. Ból w środku, który sprawiał, że zaciskał dłonie, aż paznokcie stworzyły głębokie, krwawiące ranki. Miał wrażenie, że się dusi, że umiera od środka, jakby miał zwymiotować wszystko, co się w nim znajdowało. Taka tortura okazała się dużo bardziej skuteczna, niż jakikolwiek instrument, którego kiedykolwiek używał.
Na miłość grzechów, czyny, których dokonał…
– Idziemy.
Crowley podskoczył na tyle wysoko, na ile pozwalało mu przywiązanie do krzesła. Poderwał głowę w górę, by spotkać niespokojną zieleń oczu Deana Winchestera. Był tak głęboko pochłonięty mrocznymi zakamarkami własnego umysłu, że nawet nie zauważył obecności łowcy w pomieszczeniu. Natychmiast poczuł rumieńce zakłopotania wypływające mu na policzki. Był świadomy, jak żałośnie musiał wyglądać. Powinien wziąć się w garść. To nie było zachowanie przystające królowi.
– Iść? – powtórzył zachrypniętym głosem. Mgliście podsłuchiwał rozmowę chłopaków o tym, czy dokończyć trzecią Próbę i zmienić go w całkowitego śmiertelnika czy nie, ale był tak zajęty samym sobą, że nie zwracał na to uwagi. Ale dlaczego mieliby go wypuszczać? Dlaczego nie zostawić go tu, by gnił sobie na zawsze?
Dean pochylił się i wsadził mały kluczyk w obrożę na jego szyi, wypuszczając go z więzienia. Następnie zrobił to samo z kajdankami. Łowca wycofał się i zatarł butem fragment namalowanej sprejem linii, by Crowley mógł wyjść z diabelskiej pułapki.
– Idziemy, a ty idziesz razem z nami – wyjaśnił szorstko Dean, krzyżując ręce na piersi i czekając, aż Crowley wstanie. Demon spojrzał na swoje ręce, rozprostowując je na próbę. Skupił energię w prawej dłoni z zamiarem utworzenia ognistej kuli, jako test swoich mocy. Mały, mdły płomyczek zabłysnął przez chwilę, by zaraz się wypalić.
– Wieki – wyszeptał tylko do siebie. Człowieczeństwo. To było najgorsze przekleństwo, jakie Winchesterowie mogli na niego rzucić, a on nie umiałby się nawet zdobyć na zabicie ich w zamian. Nie miał już ochoty zabijać nikogo, kiedykolwiek. Miał tak dosyć zabijania…
– Co? – spytał Dean, podnosząc brwi w zirytowanej dezorientacji.
– Wieki zajęło wygaszenie mojego człowieczeństwa w piekle zanim stałem się demonem. Twój Łoś przywrócił je w osiem godzin – wyjaśnił spokojnie, wciąż wpatrując się w swoje dłonie, całkiem pogrążony we własnej niedoli.
– Taa, cóż mogę powiedzieć. Łamiemy oczekiwania. A teraz weź się w garść, musimy znaleźć Casa, a Sam nalega byśmy wzięli cię ze sobą.
Szarpnął mocno rękaw jego marynarki, ściągając go z krzesła. Crowley stanął na drżących nogach, chwiejąc się lekko. Nagle wszystko bolało go jeszcze bardziej. Będąc demonem, jego próg bólu był bardzo wysoki. Teraz jednak jego plecy dokuczały mu od godzin przywiązania do krzesła. Szyja szczypała od zastrzyków młodszego Winchestera, a ciało pulsowało od pobić Abaddona, Deana i Sama, po kolei, nie żeby sobie nie zasłużył z dwoma ostatnimi.
Chwileczkę. Czy on właśnie pomyślał, że zasługuje na ból? Masochizm zdecydowanie nigdy nie był jedną z wielu jego zalet. Dean pstryknął palcami przed jego twarzą.
– No chodź – powiedział głośno. – Sammy nie jest w najlepszym stanie, pieprzone niebo spada i… – Głos złamał się mu na chwilę. – Nie mam teraz czasu na to gówno, Crowley! – Starszy Winchester wygląda na wyjątkowo zmartwionego.
Crowley ostrożnie minął Deana i diabelską pułapkę, powoli idąc w stronę drzwi z łowcą obserwującym go sokolim wzrokiem. Zerknął na Deana i nagle łzy, które chwile wcześniej wreszcie udało mu się powstrzymać, znów popłynęły, mocząc mu twarz. Nie mógł nic na to poradzić, ponieważ po raz pierwszy zobaczył w Deanie realną osobę, a nie przeszkodę na drodze czy środka do celu. A z tą myślą z kolei przyszły wspomnienia wszystkiego co uczynił Winchesterom.
Jak to szło? „Ratowanie ludzi, polowanie... Rodzinny interes.” Ludzie, których uratowaliście, to usprawiedliwienie waszej żałosnej egzystencji. Alkoholizm, niewinne ofiary waszych działań, wywołane przez was cierpienie... Zasnąć pozwala wam tylko jedno. Wiedza, że ci ludzie żyją szczęśliwie dzięki wam, wspaniałym, cholernym bohaterom. Są dziełem waszego życia. Zamierzam zniszczyć ich kawałek po kawałku, bo mogę, a wy nie możecie mnie powstrzymać. A także dlatego, że gdy wszyscy zginą, co wam pozostanie?
Sam błagał go, by przestał. Powtarzał w kółko „nie, nie, nie” pod nosem, gdy Crowley zabijał Sarę za pomocą worków złego uroku. Crowley wtedy jedynie uśmiechnął się do siebie, wiedząc, że w końcu znalazł kartę przetargową i słuchał desperackich próśb z satysfakcją.
Następnie w jego myślach pojawił się Castiel, to jak anioł był zawsze przywiązany do Winchesterów. Spojrzał na swoje dłonie, będąc niemal pewnym, że zobaczy na nich krew. Krzyki Castiela rozbrzmiały w jego myślach, razem z chlupoczącym odgłosem, który towarzyszył mu przy grzebaniu w jego wnętrznościach w poszukiwaniu Tabliczki. Skomlenie Castiela, gdy demon wyjął w końcu rękę, pozwalając sobie na śmiech triumfu, kiedy dostrzegł pokrytą krwią nagrodę. Wszystko to obok prób obrócenia Castiela przeciwko jedynym dwóm osobom na świecie, którzy nie mieli go gdzieś, kilka lat wcześniej.
Nagle uświadomił sobie, że Castiel był o dwie osoby dalej niż on. Bycie samotnym nigdy go nie obchodziło. Czasami jedynie wpływało to na poziom nudy, szczególnie po tym, jak Castiel zniszczył ich partnerstwo i Crowley nie posiadał już dłużej obiektu żartów i gróźb. Ale nigdy nie czuł się samotny. Jednak teraz, nawet ze starszym Winchesterem obok, czuł się bardziej opuszczony, niż kiedykolwiek myślał, że to choćby możliwe. Wezwał przecież swoich pobratymców w czasie uwięzienia przez Sama i Deana, i co otrzymał? Pobicie do krwawej miazgi przez Abaddona, ot co. Gdzie lojalność? Gdzie władza? Gdzie była jego władza?
Miał za sobą wszystkie potępione dusze, a nigdy nie czuł się słabszy.
Razem wyszli spod osłony małego kościółka na porywczy wiatr. Crowley spojrzał w górę i został zaskoczony widokiem kaskady meteorytów spadających z nieba.
– Co…?
– Anioły – odpowiedział wprost Dean.
– To anioły spadają? – spytał Crowley z rozszerzonymi oczami. – Jak?
– Skryba, Metatron… Obawiam się, że wykiwał Casa i ten pomógł mu przy zaklęciu, które wyrzuca wszystkie anioły z nieba. Teraz wszystkie schodzą na ziemię. – Crowley pokręcił głową z lekkim podziwem. Było ich tysiące i wszystkie spadały z nieboskłonu. Bramy Niebieskie zostały zatrzaśnięte…
– Nigdy nie przestawaj wierzyć w cuda – wyszeptał do siebie.
Dean ruszył w kierunku wozu. Crowley oderwał wzrok od nieba i westchnął ciężko, ocierając twarz, co ubrudziło jego rękawy mieszaniną łez i krwi. Będzie potrzebował nowego garnituru. Prędzej zostanie przeklęty, niż pozwoli sobie na mazanie się niczym niemowlę właśnie przed Deanem Winchesterem. Próbował ogarnąć się, jak najlepiej mógł, zanim podążył za łowcą.
Chwilę później siedział na fotelu pasażera w Impali, gdy Dean prowadził w dół gruntowej drogi, prowadzącej do kościoła wzdłuż jeziora Erie. Najwyraźniej mały kościółek znajdował się w Pensylwanii, niedaleko półwyspu.
Gdy zaczęli podróż do Bóg wie gdzie, Crowley obrócił się na siedzeniu, by spojrzeć na Sama. Łowca zwinął się na boku zupełnie nieprzytomny, wyglądając raczej strasznie. Crowleya uderzyło nagle dziwne uczucie. Po kilku chwilach zastanowienia udało mu się je zidentyfikować; uświadomił sobie, że martwi się o Sama. Jest wręcz zaniepokojony.
– Wszystko z nim w porządku? – spytał niespodziewanie cichym tonem, znacznie delikatniejszym, niż był to tego przyzwyczajony. Dean spojrzał na niego, jakby był całkowicie i nieodwracalnie stuknięty.
– A co cię to, do cholery, obchodzi?
– Zrób mi tą przyjemność – warknął Crowley, gapiąc się na Winchestera. – Wszystko. Z nim. W porządku?
– Nie, nie jest – warknął Dean. – Ta ostatnia Próba prawie go zabiła, a ja… – Szczęka Deana spięła się i Crowley rozpoznał ten wyraz twarzy. Dean zaczynał rozlatywać się na widok umierania swojego braciszka. Znów. Można by pomyśleć, że do dziś Winchesterowie powinni się już przyzwyczaić do tracenia siebie nawzajem.
– Nie jesteś wcale pewny, czy wyzdrowieje – domyślił się Crowley. – Gdzie jest twój aniołek?
– Właśnie tego próbujemy się dowiedzieć – odparł Dean. – A to i tak nie ma znaczenia, Cas nie może mu pomóc. Powiedział nam tuż przed tym jak zabiłeś Meg… – nacisk na tych słowach nie umknął Crowleyowi. – … że obrażenia Sama nie mogą być uleczone nawet przez magię Casa.
Wnętrzności Crowleya zacisnęły się w bolesny supeł na myśl o Meg. Może i była demonem, ale była interesująco inna – była zła, nie ma co do tego wątpliwości, nie istniało coś takiego jak dobry demon, jednak Meg miała w sobie potencjał dobra. Była do niego zdolna, co jest znacznie więcej, niż on mógłby powiedzieć o sobie.
Pamiętał te niekończące się sesje tortur z Meg. Ten odrażający akt, który wcale nie wydawał się wtedy odrażający. Pamiętał bicie jej, bezlitosne i nieubłagane, nieustające źródło rozrywki. Jego mała, demoniczna dziwka.
Pamiętał jej spojrzenie, gdy dźgnął ją, kończąc jej żywot.
Pośpiesznie otworzył okno Impali i wychylił się. Zwymiotował na drogę kwas z pustego żołądka - nie jedząc nic od… cóż, pokaźnej liczby lat. Nie umiał nawet powiedzieć jak długo. Kiedy odruchy wymiotne się skończyły, zamknął okno i opadł na siedzenie, zwalczając z całych sił gorąco pod powiekami.
– Wyglądasz jak półtora nieszczęścia – zauważył od niechcenia Dean, ze wzrokiem uważnie skupionym na drodze. Wydawał się zakłopotany jego opłakanym stanem. Crowley przejechał dłonią po włosach, przełknął głośno ślinę, zamykając oczy i biorąc głębokie, uspakajające oddechy. – A tak właściwie, jak mocno zadziałała krew Sama? Masz tam teraz jakieś emocje i inne tęcze?
– Emocje… uczucia – odparł spiętym głosem. – Tak, zdaje się, że wszystko to teraz posiadam. Jest ich zdecydowanie zbyt dużo.
– Witamy wśród ludzi, Crowley – powiedział Dean, wydając się niesamowicie zadowolony z jego trudnej sytuacji. Crowley jedynie westchnął, opierając głowę o zimną szybę Impali. Jego powieki zdawały się nietypowo ciężkie – czy to zmęczenie? Nie był zmęczony od stuleci. Jak dziwnie.
Zanim się zorientował, pogrążył się we śnie. Warkot silnika Impali i odgłos oddechów braci w niemal cichym samochodzie okazał się nieco kojący.
Castiel uświadomił sobie, że pierwszy raz w ciągu swojej egzystencji niczego nie słyszał. Cisza. Nawet gdy wyłączał anielskie radio, z tyłu głowy wciąż istniał cichy szmer. Teraz nie było ani szeptu. Nie mógł więcej słyszeć pieśni Chórów Anielskich. Nie był już połączony z innymi aniołami w żaden sposób.
Cisza wydawała się przerażająca.
Castiel przemierzał las przez bliżej nieokreślony odcinek czasu, z chrzęstem kroków na liściastym podłożu jako jedynym towarzyszem. Szedł wolno, z głową podniesioną do nieba, by obserwować spadające gwiazdy, które były jego braćmi i siostrami. Zastanawiał się, czy po zamknięciu Bram Niebieskich stracą swoją Łaskę. Tak samo jak on. Co prawda on swojej nie zgubił, została mu zabrana siłą.
Metatron uleczył mu gardło, jednak ono wciąż pulsowało, a on wciąż pamiętał uczucie anielskiego ostrza przebijającego skórę. Ale jeszcze wyraźniejsze okazało się wspomnienie wypływającej z niego Łaski. Utraty mocy, utraty tego, co czyniło go Aniołem Pańskim, wyryło się w jego umyśle. Stracił wszystko, co kiedykolwiek posiadał, wszystko czym kiedykolwiek był.
Był teraz człowiekiem. Nie tylko aniołem bez mocy, jak wtedy - tuż przed tym, jak Sam rzucił się do Klatki. Nie, był całkowitym i prawdziwym człowiekiem. Człowiekiem, który nie mógł rozrzucić swojej wiedzy, by odkryć gdzie się znajduje, czy gdzie przebywają Sam i Dean. Nie mógł uzdrawiać dotykiem palców, co odkrył, próbując uleczyć zadrapanie, którego nabawił się przedzierając się przez las. Nie mógł latać, bo, jak z przerażeniem odkrył, jego skrzydła po prostu zniknęły. Zniknęły, jakby nigdy ich tam nie było. Miejsce gdzie niegdyś istniały, bolało dotkliwie.
Był człowiekiem. Był niczym.
Po jakimś czasie anioły przestały spadać, a powoli ciemniejące niebo wydawało się spokojne i nieruchome. Przestał unosić głowę, pozwalając oczom wpatrywać się przed siebie. Kawałek dalej zobaczył światła i usłyszał dźwięk jadących samochodów. Miał nadzieję, uda mu się znaleźć budkę telefoniczną i zadzwonić do Deana. Ruszył w tamtym kierunku, drżąc lekko i opatulając się mocniej swoim płaszczem. Jak na wiosnę, wieczór był całkiem chłodny.
Źródło światła ukazało się jego oczom. Tuż przed nim pojawiła się wielka poczekalnia dla tirów. Wydostając się z pomiędzy drzew i schodząc z pagórka, przeszedł przez parking i w końcu doszedł do budynków.
Interaktywna mapa na ścianie mówiła, że znajduje się jakieś piętnaście mil na południe od miasta Sandusky. Był w Ohio. Nie miał pojęcia, dlaczego ze wszystkich miejsc na świecie wylądował właśnie tutaj, ale niech będzie. Udało mu się znaleźć stoisko z telefonami i poprosił grubszą, starszą panią o pożyczenie kilku drobnych. Uśmiechnęła się do niego, powiedziała, że przypomina jej wnuka i usłużnie podarowała dolara.
Wystukał numer Deana i czekał aż łowca odbierze.
