Actions

Work Header

Harry Potter i Fenomen Strażnika

Summary:

Wszystko zmienia się podczas lata po piątym roku. Draco odmawia przyjęcia Mrocznego Znaku i musi sobie poradzić z zostawieniem za sobą życia, przyjaciół i rodziny, na których mógł zawsze polegać. Dursleyowie porzucają Harry'ego samego w lesie na tydzień, co uaktywnia jego zmysły Strażnika i potrzebę Opiekuna. Czy dwóch rywali może zapomnieć o latach wzajemnej niechęci, aby współpracować i ocalić Hogwart oraz samych siebie?

Notes:

Jest to moje tłumaczenie z 2014 roku, które dopiero wrzucam na AO3 ;P Trochę wstyd, ale postaram się przerzucić wszystkie moje ficki z Gospody tutaj, żeby każdy mógł przeczytać bez konieczności zakładania konta i czekania na przydział ;)
Niech fani drarry, którzy nie znają tego opowiadania, potraktują to jako prezent świąteczny ;))

Do 2 rozdziału betowała Izzie, a od 3 pałeczkę przejęła cudowna carietta ;*

Kudosy i komentarze jak zawsze są bardzo bardzo bardzo mile widziane!

Chapter Text

Hogwart.
Ostatnie miejsce, w którym spodziewał się spędzać swoje wakacje. Niestety nie było na tę chwilę bezpieczniejszego schronieniadla Draco Malfoya. Nie, jeśli nie chciał stać się dziwką Czarnego Pana. Tak jak jego ojciec.
To wszystko było winą Pottera.
Voldemort nie miał problemu z pozwoleniem Draco chodzić do szkoły, umożliwieniem mu, aby był normalnym uczniem, nawet jeśli wymagał od niego, by szpiegował swoich wrogów i przyjaciół. Jednak gdy jego ojciec spektakularnie zawalił sprawę, Czarny Pan chciał więcej.
Postawił sprawę jasno. Draco będzie miał Mroczny Znak, nim zacznie się nowy rok szkolny i dostanie swoje własne zadanie.
Dreszcz pojawił się na jego ciele, ale Malfoy stłumił go, rozglądając się wokół, czy nikt go nie widzi. Jak na wakacyjną przerwę, kiedy ludzi powinno tu nie być, Hogwart tętnił życiem. Draco musiał przejść obok frontowej bramy i iść brzegiem Zakazanego Lasu, aby zaznać trochę spokoju i ciszy.
Przez te cholerne sny nigdy nie udało mu się odkryć, czego chce od niego Ten, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać.
Realistyczne sny nękały go przez całe życie, ale od początku lata Draco był konsekwentnie atakowany wizjami terroru. Okropnymi obrazami, które ścigały go nocami, aż sen stał się ostatnią rzeczą, której pożądał. Niestety, za każdym razem, gdy zamykał oczy, ostre krawędzie snów pokazywały mu konieczność zmiany ścieżki życiowej.
Zabił kogoś. Albo, może, prawie ich zabił. Albo spowodował ich śmierć. Albo sam umarł. Sny zmieniały się i rozmywały, ale nadmierna ilość emocji zawsze uderzała w niego z przeszywającą intensywnością. Ból. Przerażenie. Zranienie. Rezygnacja. Rozczarowanie. Fale uczuć budziły go i krzyczał, ile sił w płucach każdej nocy.
Draco nauczył się, gdy był młody, żeby słuchać ostrzeżeń swoich snów, nawet jeśli nie przyznałby tego komukolwiek. Proroctwo było dla słabych i paplających idiotów jak Trelawney. Te sny stanowiły po prostu jakąś dziwną więź między nim i jego intuicją. Wróżbiarstwo i przepowiadanie nie miały z tym nic wspólnego.
Kiedy Narcyza wróciła z zebrania Czarnego Pana, Draco wiedział, że to czas, aby posłuchać snów. Ten potwór torturował jego matkę godzinami. Ukarał ją za porażkę jej męża. Na jej skórze nie było nawet zadrapania, ale jej oczy były zaszklone, a nogi trzęsły się tak bardzo, że nie mogła chodzić przez dwa dni.
Minęły godziny, nim była w stanie mówić. Godziny, nim mogła wyszeptać drżąco, co jej się stało i powiedzieć Draco, że będzie miał spotkanie sam na sam z Czarnym Panem. Wkrótce.
Odraczanie jego wyroku się skończyło i przyszedł czas, aby podjął decyzję. Nie wiedział nawet, że ma jakiś wybór, dopóki nie nadeszły sny. Mógł przystać do Czarnego Pana i podążać ścieżką swojego ojca. Mógł też dołączyć do Dumbledore’a i jego wesołej gromadki dobroczyńców.
Draco prychnął. Przemądrzali głupcy.
Ale to był jedyny wybór, który nie doprowadziłby go do stania się niewolnikiem szaleńca. Mimo że jego matka była osłabiona po torturach Voldemorta, długo sprzeciwiała się decyzji swego syna, mimo jego przekonującej argumentacji.
Poddała się, ze zrezygnowanym westchnięciem, dopiero wtedy, gdy zdała sobie sprawę z jego snów. Nie, żeby wspomniał swoje nocne wizje w jakichś szczegółach. Wciąż miał koszmary, takie zwykłe, o każe, jaką otrzymał po tym, jak powiedział o nich swojemu ojcu.
Żaden Malfoy nie będzie wieszczką Kasandrą.
Nawet jeśli Draco nigdy już po tym nie wspomniał swoich wizji, jego matka obserwowała go uważnie, gdy dorastał. Zdawała się rozumieć i wierzyć mu, choć pozostała jedynie przy cichej akceptacji. W czasie niektórych poranków widział podobne cienie od nieprzespanej nocy pod oczami Narcyzy. I nawet jeśli nic o tym nie mówili, to sam fakt, że dzielili razem ten sekret, sprawił, że Draco było łatwiej go znieść.
W noc po podjęciu decyzji o porzuceniu Czarnego Pana, sny się zmieniły, ale Draco wciąż budził się oblepiony zimnym potem i z sercem dudniącym w klatce piersiowej. Prawie zmienił zdanie i przyjął Mroczny Znak, gdy dotarło do niego, co będzie musiał zrobić. Będzie musiał przetrwać.
Sny postawiły sprawę jasno, że nie będzie mógł po prostu dać Dumbledore’owi informacji, które zgromadził jego ojciec, a potem zniknąć gdzieś ze swoją matką. Będzie brał aktywny udział w zbliżającej się wojnie. Znaki tego pozostawiały gorzki smak w jego ustach.
Jednak wspomnienie pobladłej z bólu twarzy Narcyzy było zbyt świeże i przerażające. Nie pozwoliłby cierpieć jej w ten sposób kolejny raz. Nie podobał jej się nowy plan, który jej przedstawił, ale zrozumiała go na tyle, aby nie zadawać pytań.
Zamknęli Manor i nałożyli na dom prawie zapomniane rodzinne czary ochronne, tak stare i silne, że ani Voldemort, ani ministerstwo nie dostałoby się do posiadłości. Jego matka miała rodzinę we Francji i w Ameryce, której członkowie nie popierali Czarnego Pana i nie wydaliby jej Bellatrix. Draco wysłał ją w podróż bez dokładnej wiedzy, gdzie kobieta pojedzie. Czego nie wiedział, tego nie mógł zdradzić.
Po tym jak się deportowała, Draco przełknął palące upokorzenie i aportował się przed bramy Hogwartu. Nie był zaskoczony, gdy spotkał Dumbledore’a czekającego na niego z jasnym błyskiem w oku.
— Podjąłeś decyzję, Draco?
Wiedział, że nie był zbyt subtelny, gdy podwinął rękaw, aby pokazać gołą, nienaznaczoną skórę przedramienia.
— Jeśli mam być zmuszony, aby wziąć udział w tej grze — wywarczał przez zaciśnięte zęby, gdy podążał za dyrektorem do zamku — nie będę pionkiem. Będę rycerzem w armii, czy to się komuś podoba, czy nie.
I wiedział, że jak tylko zacznie się rok szkolny, nikt tego nie zaaprobuje. A już na pewno nie jego dawni przyjaciele w Slytherinie.
Jak, do cholery, miał przetrwać dwa kolejne lata bez nikogo kryjącego jego tyły we własnym dormitorium?
Oczywiście Potter i jego przyjaciele wcale nie mieli polepszyć jego sytuacji z ich niecierpliwością oraz niepraktycznym i impulsywnym gryfoństwem. W najlepszym wypadku wezmą go za zdrajcę, w najgorszym za szpiega. Zdecydowanie nie przywitają go z otwartymi ramionami.
Jednak będą musieli z tym żyć, ponieważ sen Draco zdecydowanie ukazał mu, że będzie stał ramię w ramię z Bliznowatym.
Nawet teraz, Draco prawie krztusił się na wspomnienie o słodkim obrazku spokoju i ukontentowania rozchodzącego się od nich we śnie. Jednak to było alternatywą od bólu, śmierci i przerażenia polującego na niego w wizjach każdej nocy. I tak bardzo jak go to drażniło, za każdym razem wybrałby spokojny sen nad cholernymi koszmarami.
Skrzeczenie zdenerwowanego ptaka wyrwało go z rozmyślań. Na niebie pojawiła się biała smuga, która nabrała kształtu przy bramie i poleciała prosto do zamku. Draco obrócił się, aby podążyć za zwierzęciem i zobaczył Dumbledore’a wybiegającego ze szkoły, ze Snape'em depczącym mu po piętach.
Dyrektor przystanął na krawędzi błoni i wyciągnął ramię, aby biały puch opadł na nią w niewyraźnym ruchu. Draco zdał sobie sprawę, że to sowa, gdy tylko ptak osiadł na ramieniu dyrektora. Sowa zupełnie taka, jak ta Pottera.
Prawie natychmiast ptak wzniósł się znowu w niebo, a Dumbledore powiedział coś do Snape’a, który pognał z powrotem do zamku. Wtedy dyrektor ruszył ścieżką w stronę bramy i natychmiast deportował się za jej granicą.
Draco mrugnął. Błonia znów były kompletnie spokojne, puste i ciche. Może okropna nuda uderzyła mu do głowy i jego mózg sam stworzył odrobinę akcji? Mimo wszystko Ślizgon zdecydował cofnąć się do cienia i posiedzieć tam jeszcze jakiś czas. Tak czy inaczej w zamku nie działo się nic ciekawego.
Dziesięć minut później nie rozczarował się. Dumbledore pojawił się za bramą z czymś bezwładnym w swoich ramionach. Starzec nawet nie przystanął, nim rzucił się biegiem w stronę zamku. Draco musiał mu to przyznać — pomimo swojego wieku dyrektor był szybki i silny.
Dopiero po tym, jak Dumbledore zniknął w murach Hogwartu, do Draco dotarło, co mężczyzna miał na rękach.
Blada, opalona skóra. Czarne, niesforne włosy. Blizna nie do przeoczenia.
Potter.

*

Harry powrócił z czarnej nicości do przytomności umysłu z zawrotną szybkością. Słyszał dźwięki. Stałe. Rytmiczne. Przynoszące ukojenie. Ból, który w nim narastał został odepchnięty przez ten rytm.
Harry się… ruszał? Ale nie szedł. Coś silnego trzymało go za kolana i ramiona. Był niesiony.
Otworzył oczy, robiąc z nich małe szczeliny, ale ból pochodzący od światła nie był tak silny, jak pamiętał go z… wcześniej? Ale jak bardzo wcześniej?
Jego mózg był zlepkiem cierpienia, atakowany ogromem dźwięków, zapachów i doznań.
Skupił rozmazany wzrok na drzewach migających mu przed oczami w szybkich klatkach. Potem duże kamienie. Następnie znajome korytarze.
Hogwart. Był bezpieczny. Dom.
Ale ten dźwięk, ten rytm, słabł. Znikał za nim. Harry starał się nasłuchiwać mocniej, ale kakofonia innych odgłosów mu przeszkodziła. Szepty skrzatów domowych. Plotki duchów i obrazów. Wrzenie eliksirów. Skrzypienie schodów, które ruszały się i zatrzymywały.
Ktoś jęknął. Głośny i żałosny dźwięk bólu i cierpienia. Wtedy Harry uświadomił sobie, że odgłos pochodził od niego samego.
Każdy szmer był niczym burza w jego głowie. Zapach eliksirów dochodził do jego nozdrzy z lochów, zapach gotowania nadchodził z kuchni, a słaby odór herbat wdzierał się w jego nos z klasy wróżbiarstwa.
Jego ciuchy ocierały mu skórę niczym papier ścierny, a powietrze było ciężkie w jego ustach. Zamknął oczy, ale to było zbyt mało, aby odciąć się od bólu. Światło przedzierało się przez jego powieki i raniło oczy za każdym razem, gdy się poruszył.
Rytm, który to wszystko zniwelował, zaniknął prawie całkowicie. Jeśli Harry się wysilił, mógł usłyszeć co trzecie puknięcie. Jednak gdy się przeciągnął, to przywołało jedynie więcej doznań.
Osoba, która go niosła, położyła go na czymś miękkim, ale stabilnym. Łóżko. Poplątane głosy otoczyły go w chaotycznym, bolesnym bałaganie, dopóki nie skupił się wystarczająco mocno, aby rozróżnić poszczególne słowa.
— Znalazłem go… Nieprzytomny… Przebudził się na chwilę na błoniach…
Harry rozpoznał głos Dumbledore’a bardzo blisko siebie i zdał sobie sprawę, że to dyrektor musiał go nieść.
— Wysypka… Badanie… Organizm całkowicie wycieńczony…
Pani Pomfrey. Ona to naprawi. Zawsze umiała naprawić wszystko, co sobie zrobił. Albo wszystko, co zostało mu zrobione.
— Potter.
Och, Merlinie. Snape. Nie chciał sobie teraz radzić ze Snape'em. Czyż nie cierpiał już wystarczająco?
— Potter, słuchaj mnie. Powiedz mi, co czujesz.
Harry mógł prawie słyszeć drwinę w głosie profesora.
— Boli — wyszeptał. Czy to nie było oczywiste dla tego drania?
Znajome, rozdrażnione westchnięcie mogłoby być pocieszające. Z tym, że nic w Snapie nie było pocieszające.
— Tak, Potter. Widzę. Potrzebuję szczegółów. Gdzie boli? Co sprawia, że cię boli?
Harry zacisnął zęby i powstrzymał chęć powiedzenia mistrzowi eliksirów, że to on przyprawiał go o ból głowy.
— Światło jest zbyt jasne. Skóra swędzi… płonie. Zbyt głośno. Zbyt dużo zapachów. Zbyt dużo. Wszystkiego.
Głosy oddaliły się i zmieniły w szepty. Harry'emu chciało się śmiać. Albo płakać. Kilka metrów dalej i kilka decybeli ciszej nie było wystarczające, aby nie uderzało prosto w jego umysł.
Gdy oni rozmawiali, pocieszający rytm stał się głośniejszy. Coraz bliższy. Harry był pewny, że teraz znajdował się na pierwszym piętrze, zamiast na błoniach.
Miał nadzieję, że przyjdzie bliżej, ale dźwięk oddalał się gdzieś w kierunku Wielkiej Sali.
Nawet gdy skupiał się na tym wspaniałym rytmie, nie mógł zablokować odgłosów rozmowy, wdzierających się do jego uszu. Jednak to Snape właśnie mówił,więc Harry próbował to wyciszyć.
— Rodzinna historia… Fenomen Strażnika… Sprawdzałem to dla Lily…
To przyciągnęło uwagę Harry’ego. Dlaczego Snape miałby szukać czegoś dla jego mamy?
— James nigdy tego nie przejawił… Jego wujek… Potrzebuje Opiekuna… Treningu…
Rozmowa potoczyła się w innym kierunku i temat rodziny Harry’ego został zakończony, więc Potter próbował zepchnąć ją na tył umysłu. Pozwolić oddalonemu rytmowi znów się ukoić.
Jednak kilka minut później troje dorosłych wróciło do jego łóżka, rzucając na niego różne zaklęcia.
Bolesne światło pchające się przez jego powieki zostało odcięte przez bardzo miękki kawałek materiału, zakrywający mu oczy. Wszystkie inne zapachy poza odkażającymi i uzdrawiającymi ziołami zniknęły. Jego ubrania również. Prześcieradła wokół niego zrobiły się bardzo miękkie i gładkie.
Harry wzdychał z ulgą na każdą zmianę. Walka między jego umysłem i zmysłami uspokajała się z każdym oddechem. Jego napięte mięśnie rozluźniały się metodycznie z każdą mijającą sekundą.
Następnie świat wokół niego się wyciszył. Każdy dźwięk poza granicą jego łóżka, który domagał się jego uwagi, zniknął.
Wliczając w to odgłos, którego Harry trzymał się jak liny ratunkowej.
Zmagał się i pchał, starając się go znaleźć. Skupiając się mocniej i mocniej, aż świat wokół niego zrobił się całkowicie pusty.

*

Jak na okres wakacyjny, w hogwarckich posiłkach uczestniczyło wiele osób, ale wciąż Wielka Sala wyglądała żałośnie pusto z jedynie dwoma stołami w użyciu i zaledwie jednym całkowicie zapełnionym.
Pracownicy szkoły i nauczyciele zostali wezwani na zebranie nadzwyczajne, i jego uczestnicy zebrali się przy stole zwykle używanym przez Hufflepuff.
Tuzin uczniów spędzających lato w Hogwarcie dzieliło stół Krukonów. Niestety Draco również musiał tam usiąść.
Normalnie przychodził spóźniony i zajmował miejsce w dole stołu, zostawiając między sobą a innymi przynajmniej sześć wolnych miejsc. Gapił się na nich i prychał przy każdym posiłku, a oni robili to samo w konsternacji i strachu. Nikt z nich nie powiedział do niego nawet słowa, od kiedy przybył tu niespodziewanie w środku lata. Nawet jedyny znajdujący się tu Ślizgon nie próbował się do niego odezwać. Segundus Pine był nieśmiałym drugorocznym, którego ojciec był śmierciożercą, więc Draco i tak wolał z nim nie rozmawiać.
Oczywiście to, że nie zamieniali z nim słowa, nie znaczyło, że o nim nie mówili. Ponieważ robili to regularnie i wcale się z tym nie kryli.
Niektórzy z nich myśleli, że jest tu, aby szpiegować dla Czarnego Pana. Część sądziła, że został uznany za niewartego Mrocznego Znaku i wywalony z szeregów śmierciożerców. Jeszcze inni sądzili, że wyrzekła się go rodzina. Draco był całkiem pewien, że robili o to zakłady.
Jednak on był rozbawionym ich idiotyzmem. Czerpał rozrywkę z ubliżania im za każdym razem, gdy miał okazję, a przez pozostałą część czasu robił wszystko, aby ich unikać.
Więc dlaczego, do kurwy, przyszedł wcześniej na posiłek? I dlaczego siedział tak blisko stołu nauczycielskiego, jak mógł? Dlaczego, do kurwy, to miało znaczenie, jeśli nic nie podsłuchał i nie dowiedział się nic nowego, odkąd dwa dni temu widział Dumbledore’a biegnącego do Hogwartu?
Nic o Chłopcu, Który Przeżył będącym chorym albo w stanie zagrażającym życiu. Wyglądało na to, jakby nikt nie wiedział, że jest w zamku.
Draco naprawdę chciał mieć to gdzieś, ale niepokój trzymał się go od dwóch dni. I czuł potrzebę, żeby wiedzieć.
Osobiście sądził, że Potter był bezużytecznym durniem. Ale z jakiegoś powodu Dumbledore i Ten, Którego Nie Wolno Wymawiać marnowali na niego cholernie dużo czasu i energii. Jeśli Draco miał przetrwać, Czarny Pan musiał zostać pokonany. I jeśli to znaczyło, że musiał dołączyć do cholernych Gryfonów, zamierzał to zrobić. Co oznaczało, że ten dureń musiał pozostać przy życiu na tyle długo, aby postawić się Voldemortowi.
Przy stole nauczycielskim Dumbledore i Snape rzucili na siebie zaklęcie wyciszające, by nikt nie słyszał ich rozmowy. McGonagall obserwowała ich ze zmrużonymi oczami. Usta pani Pomfrey były wykrzywione w grymasie, a Hagrid, którego twarz wyglądała, jakby uciekł mu ulubiony gumochłon, pochylił się, żeby coś do niej wyszeptać. Minuty później, oboje wstali i cicho wyszli z Wielkiej Sali.
Draco zmrużył oczy, obserwując ich. Zajęło mu jedynie pół sekundy, nim podjął decyzję, żeby za nimi podążyć. Zatrzymał się, gdy ich dwójka przystanęła na korytarzu oddalonym od centralnej części zamku. Schował się za najbliższą zbroją, która nigdy nie mogła służyć normalnemu człowiekowi i użył czaru Voxattira, który miał pomóc mu usłyszeć każde ich słowo.
— Ten biedny chłopiec. — Pomfrey pociągnęła nosem i Hagrid i podał jej zieloną chustę do nosa, która sprawiła, że Draco się skrzywił. — Nie obudził się od pierwszego dnia, kiedy Dumbledore przyniósł go do skrzydła szpitalnego. Robimy wszystko, co możemy, abyodizolować go od czynników zewnętrznych, ale on płacze i szlocha na każde podrażnienie. Czary pomagają, ale nic nie działa w stu procentach.
— Myślisz, że Snape ma rację? Co do tego, co dolega Harry’emu?
Snape. Usta Draco się wygięły. Ten mężczyzna był śmierciożercą i szpiegiem. Teraz, kiedy ojciec Draco był w Azkabanie, mistrz eliksirów był bliżej Czarnego Pana. Draco próbował ostrzec Dumbledore’a, ale dostał w odpowiedzi metaforyczne poklepanie po głowie i zapewnienie, że ten stary dureń miał wszystko pod kontrolą oraz ofertę cytrynowego dropsa.
Głupcy. Snape nie powinien być nigdzie blisko Pottera. Szczególnie, kiedy ten był taki kruchy.
— Nie wiem. — Kobieta potrząsnęła głową. — Czytałam o tym, ale nigdy nie widziałam tego na własne oczy ani nie studiowałam tak jak on. Nie sądzę, że będziemy mieli pewność, dopóki Harry się nie obudzi.
— Jeśli się obudzi — dodał Hagrid ponuro.
— Och, nie martw się, Hagridzie. Dyrektor i Severus pracują nad tym, szukają… — przerwała nagle, uświadamiając sobie, że może rozmawiają o tym zbyt swobodnie, nawet jeśli są na pustym korytarzu.
Malfoy cofnął się w cień i wzmocnił czar, gdy ich głosy obniżyły się do szeptów.
— Pracują nad rozwiązaniem. — Ten dziwny nacisk na ostatnie słowo zwiększył ciekawość Draco, który pochylił się, aby zerknąć w przestrzeń przez metalową zbroję.
Pomfrey jedynie poklepała półolbrzyma po jego ramieniu, przypominającym konar drzewa, oferując mu pocieszenie oraz smutny uśmiech.
— Idę sprawdzić, co u Harry’ego, nim wykonam papierkową robotę w biurze. Obiecuję, że jak tylko jego stan się ustabilizuje, będziesz mógł go odwiedzić. Jednak teraz każda wizyta jest dla niego bardzo, cóż, stresująca.
Hagrid pokiwał głową, nachylając się jak gigantyczna płacząca wierzba na środku korytarza zamku.
Draco schował się głębiej w cieniu pustego rycerza i rzucił na siebie szybkie zaklęcie niewidzialności, mając nadzieję, że dobrze się go nauczył. Jednak dwoje pracowników Hogwartu było zajętych swoimi własnymi myślami. Żaden z nich nawet nie spojrzał w jego kierunku, gdy przechodzili.
Draco oparł się o ścianę i wydął wargi. Nie tu spodziewał się być. Nie tu chciał być. I nie to chciał robić.
Mógł być królem szkoły. Popularnym. Wzbudzającym postrach. Pełnym władzy. Inni uczniowie wciąż o nim plotkowali, ale ton ich wypowiedzi się zmienił. Nie było w nim już respektu ani zachwytu.
Powinien zabawiać się i imprezować z Pansy, Nottem, Zabinim, Crabbe'em i Goyle'em. Ale jego ojciec dał się złapać. Po życiu pełnym rozpieszczania, uprzywilejowania i wierzenia w propagandę, wszystkie jego iluzje rozpadły się przez to, że Lucjusz zawiódł. Niech go szlag.
I niech szlag weźmie Voldemorta za bycie samolubnym i zapatrzonym w siebie oraz za to, że jego okrucieństwo i wojująca nienawiść zniszczyły wygodne życie Draco.
To nie było w porządku.
Teraz sny znów stały się nieznośnie nieprzyjemne, jasno ukazując, że Draco nie mógłby po prostu nie stanąć po żadnej ze stron. Nie mógłby zwyczajnie czekać, aż obie strony się pozabijają. Musiał pracować, aby pomóc Potterowi, czy mu się to podobało, czy nie.
Teraz Potter jest chory. Albo zraniony. Nieważne.
Draco musiał to zobaczyć na własne oczy. Może jakoś udałoby mu się tego użyć. Wykorzystać. Jeśli Bliznowaty coś by mu zawdzięczał, Malfoy zyskałby nad nim przewagę. Jeśli nie musiałby upokarzać się do poddania woli Pottera, jego świat znów znalazłby się na właściwych torach.

*

Draco czekał, dopóki zamek nie ucichł, nim wymknął się do skrzydła szpitalnego. Technicznie wciąż była godzina policyjna, ale Filch nie był taki agresywny i egzekwujący, gdy w zamku znajdowała się tylko garstka uczniów.
Zatrzymał się przed szpitalem i wytężył słuch, ale pomieszczenie było bardzo ciche. Ostrożnie otworzył drzwi i zerknął przez szczelinę. Skrzydło szpitalne było ciemniejsze niż normalnie, jedynie z kilkoma świeczkami zapalonymi w środku. Wszystkie łóżka stojące po obu stronach ścian były puste. Z wyjątkiem jednego, w połowie prawej ściany, które zostało otoczone parawanami. Właśnie tam musiał spać Potter.
Słabe światło wydostawało się zza zamkniętych drzwi biura pani Pomfrey po przeciwnej stronie pomieszczenia. Draco stanął na palcach, wahając się i podejmując ryzyko zostania złapanym. Był całkiem pewny, że jej prywatne komnaty znajdowały się po drugiej stronie biura, więc istniały duże szanse, że kobieta nie będzie już dzisiaj przechodziła tą drogą.
Draco miał nadzieję, że pielęgniarka nie przyjdzie sprawdzić, co się dzieje ze Złotym Chłopcem Dumbledore’a. To i tak nie miało znaczenia. Draco potrzebował jedynie kilku minut, żeby sprawdzić, co z Potterem. Później będzie mógł dalej planować. Być może uda mu się przekonać Sami – Wiecie – Kogo, że jedynie udawał zmianę stron, aby móc dla niego szpiegować. Może jeśli przyniósłby informacje o stanie Pottera, uniknąłby kary.
Draco zadrżał na myśl o byciu z powrotem pod rozkazami Czarnego Pana. Zakładnik kaprysów szaleńca. Ale priorytetem Ślizgonów zawsze było przetrwanie. Nawet jeśli przychodziło ono za cenę duszy.
Jednak coś ostrego poruszyło się w jego klatce piersiowej na myśl o zdradzeniu Pottera. Zajęło mu minutę, aby uświadomić sobie, że to sumienie. Kiedy, do cholery, dorobił się takowego? I dlaczego, na Merlina, troszczył się o Pottera?
Draco wyprostował ramiona i wszedł do środka. Nie podejmie żadnej decyzji, dopóki nie zobaczy Bliznowatego. Jeśli jest słaby i leży bezwładnie, wtedy cała reszta nie będzie się liczyć.
Gdy tylko drzwi zamknęły się za nim, wyjął różdżkę i rzucił czar niewidzialności. Cień pogłębiał się, im bardziej zbliżał się do środka pomieszczenia i zdał sobie sprawę, że te kilka świecących lamp znajdowało się po drugiej stronie szpitala. Daleko od łóżka Pottera.
Dziwne.
Draco ostrożnie prześlizgnął się za parawan, z różdżką w gotowości, w razie gdyby Potter nie spał. Tutaj było nawet ciemniej, z zasłonami blokującymi nawet słabe światło lamp. Kiedy oczy Draco przyzwyczaiły się do ciemności, był zaskoczony tym, jak spokojnie i kompletnie bez ruchu leżał Potter. Gdyby jego klatka piersiowa nie unosiła się rytmicznie, Malfoy byłby przekonany, że chłopak jest martwy.
Szybkie zaklęcie pokazało, że nie ma żadnej innej niespodziewanej ochrony wokół łóżka, a jedynie silne zaklęcie wyciszające, utrzymujące wszystkie dźwięki na zewnątrz. Draco zmarszczył brwi. Dlaczego musieli chronić Złotego Chłopca przed słyszeniem czegokolwiek? Starali się utrzymać go w tym stanie?
Serce Draco zaczęło walić w jego klatce piersiowej, a bryła lodu osiadła na żołądku. Co działo się takiego złego, że nie chcieli, aby Potter o tym wiedział? Nie miał pojęcia, skąd wziął się ten irracjonalny strach i odepchnął go od siebie, nim całkowicie by go pochłonął.
To było po prostu śmieszne. Zważając na stan, w jakim był Potter, jedyne, co musieli zrobić, aby utrzymać z dala od niego sekrety, to wyjść z pokoju.
Cała sytuacja przybrała jeszcze dziwniejszy obrót, gdy Draco przeskanował wzrokiem prowizoryczną kabinę. Miękka opaska na oczach Gryfona. Drogie, jedwabne prześcieradła pokrywające łóżko.
Prześcieradła, które były zepchnięte do talii chłopaka, ukazując, że był co najmniej bez koszulki. Na klatce piersiowej i ramionach Pottera odznaczały się napięte mięśnie.
Draco oblizał usta i przesunął wzrokiem po bladej, opalonej skórze. Nagle otrząsnął się z tego. Nie był członkiem fanklubu Harry’ego Pottera.
Przysunął się bliżej, odrobinę zdezorientowany, gdy przeszedł przez barierę zaklęcia wyciszającego. Sądził, że noc była cicha wcześniej, ale teraz zrobiło się całkowicie głucho i spokojnie. Cichy szmer wiatru na zewnątrz, prawie nieustające skrzypienia i hałasy ścian zamku oraz szmer setek czarów i zaklęć ochronnych. Wszystko to zniknęło po jedynym kroku.
Oddechy Draco i Pottera były jedynymi dźwiękami w ciemności. Oddech Pottera był cichy i ledwie słyszalny. Brunet był taki spokojny, że praktycznie wyglądał na spetryfikowanego. Gdy Draco zrobił krok bliżej, zobaczył paskudną wysypkę pokrywającą ręce Gryfona i rozrastającą się w kierunku ramion i wzdłuż boków.
Co mu dolegało, do cholery?
To był chłopiec, który miał ocalić czarodziejski świat.
Ale wyglądał na zniszczonego. Sprawiał wrażenie kruchego i małego, gdy spoczywał na bladych, jedwabnych prześcieradłach.
Z następnym oddechem Potter wydał z siebie ciche skamlenie. Znajoma blizna zmarszczyła się, a grymas bólu odmalował się wokół ust chłopaka.
Dłoń Draco była w połowie drogi do Pottera, aby odepchnąć z jego czoła poplątane włosy i ulżyć mu w cierpieniu, kiedy złapał się na tym, co chce zrobić.
Co, do kurwy, było z nim nie tak?
Technicznie mogą być po tej samej stronie, ale Potter był jego rywalem od zawsze. Draco przyszedł tutaj, aby zbadać sytuację, a nie zaoferować komfort. Komfort, który zostałby odepchnięty, gdyby tylko Potter wiedział, od kogo podchodzi.
Kolejne ciche skamlenie zawibrowało w powietrzu między nimi i jego zawahanie zniknęło. Jego dłoń poruszyła się do przodu, ale Draco odmówił bycia kompletnie ckliwym. Zmienił położenie swojej ręki, aby wylądowała na wierzchu dłoni Pottera i nachylił się, aż jego uda uderzyły o krawędź łóżka.
To, co wydarzyło się następnie, było kompletnym zaskoczeniem.
Potter sapnął na ten kontakt i zamarł. Draco był pewien, że nie przesunął palcami po skórze Gryfona. Zdecydowanie nie czuł potrzeby, aby uspokoić swojego rywala delikatnym dotykiem.
Jednak nieważne, co zrobił i czego nie zrobił, następną rzeczą, którą widział, był siedzący Potter, owinięty wokół niego niczym ośmiornica. Chłopiec, Który Przytulał zacisnął ręce wokół pleców Draco; jedną na jego ramionach, a drugą wokół talii. Ich górne części ciała były przyciśnięte do siebie jak tylko się dało i Gryfon wciągnął Draco po części na łóżko. I wciąż próbował przycisnąć się bliżej, jakby starał się stopić ich w jedność.
Potter przycisnął twarz do szyi Draco i wdychał hausty powietrza, jakby się wcześniej dusił i teraz znów mógł oddychać świeżym powietrzem. Zajęło Draco kilka minut, aby zdać sobie sprawę, że trzyma Gryfona równie mocno. Jedna z jego dłoni znajdowała się na karku Pottera, gdy palcami przeczesywał jego niesforne włosy. Drugie ramię miał zaciśnięte wokół ramion drobniejszego chłopaka. Wydawało się również, że delikatnie bujał trzęsącym się Potterem i wydawał z siebie kojące, ciche dźwięki.
Co, do cholery?
Nie miał czasu uczyć się o miłosierdziu. Był zajęty pracowaniem nad własnym przetrwaniem. Przyszedł, aby upewnić się, że Potter przeżyje tak długo, aby ten ocalił mu potem tyłek.
Misja zakończona.
Potter obwąchiwał jego szyję, mrucząc coś o pikanterii, cynamonie i wanilii, i Draco został w tej pozycji, nie mając pojęcia dlaczego. Wtedy Gryfon odsunął się na tyle, żeby wcisnąć między nich rękę i ułożyć ją prosto nad sercem Draco.
— Bicie serca — wyszeptał te słowa z zachwytem, jakby odpowiadały na odwieczne pytanie.
Draco dostrzegł, że wysypka na rękach Pottera znacznie zmalała. Gdy próbował odgadnąć, jak to się stało, Harry zabrał rękę i próbował zdjąć swoją opaskę. Jednak materiał nie miał szansy opaść z jego oczu, gdyż Draco złapał jego nadgarstek i odciągnął w dół.
Potter zmarszczył się na niego, ale pozwolił, aby jego dłoń opadła z dala od twarzy.
— Teraz jest okej. Lepiej. — Głos Pottera był szorstki i drżący. Wyciągnął dłoń, odnajdując policzek Draco. — Chcę cię zobaczyć.
Malfoy ostrożnie potrząsnął głową.
Potter wydął wargi, ale Draco nakrył swoją dłonią jego dłoń, złączając razem ich palce i przyciągając głowę Gryfona z powrotem do zgięcia swojej szyi.
Ciche odgłosy wąchania i oczywiste rozluźnienie ciała Pottera pokazało mu, że to był dobry ruch, aby rozproszyć chłopaka. Draco zignorował sposób, w jaki jego własne ciało rozluźniło się w ich uścisku, po raz pierwszy, od kiedy jego ojciec został aresztowany. Zlekceważył również to, że skóra Pottera była ciepła i gładka pod jego dłońmi. I to, że gładził ją z kłopotliwą fascynacją.
Niedługo potem słabe światło za parawanem przywróciło Draco do zmysłów i tego, gdzie się znajdował. I do tego, że nie powinno go tu być. Drzwi Pomfrey otworzyły się i bez wątpienia pielęgniarka miała zamiar przyjść i sprawdzić, co u Harry’ego, nim pójdzie spać.
Draco nie miał pojęcia, jak długo tu był. I jak długo by został.
Spanikowany, wyplątał się z objęć Pottera, łapiąc swoją różdżkę, którą upuścił w którymś momencie i odnowił zaklęcie niewidzialności.
Żałosny dźwięk zatrzymał go w pół ruchu.
— Nie — wyszeptał Harry, sięgając na ślepo rękami. — Proszę. Zostań. Boli. Proszę. Pomóż mi.
Przez chwilę Draco stał jak zmrożony, a jego serce waliło jak młotem. To nie do wiary, ale zawahał się dłużej niż powinien. Jednak słabe światło zbliżyło się, a Harry sięgnął do swojej opaski i panika Draco wzrosła. Ostrożnie, utrzymując na sobie cień, czekał, aż pielęgniarka zniknie za parawanem, nim wyślizgnął się za drzwi.

*

Zniknął. Harry nawet nie wiedział, kim on był, ale uspokajający rytm znów ucichł. Gryfon poczuł się zaskoczony, odkrywszy, że ten kojący dźwięk stanowiło bicie serca.
— Harry! Obudziłeś się.
Głos pani Pomfrey przedarł się przez jego umysł niczym tysiąc wrzeszczących harpii. Gryfon zajęczał i przykrył dłońmi uszy.
— Zapomniałam. — Te słowa były znacznie cichsze i przepraszające, ale wciąż uderzyły w niego z dużą siłą. — Harry, wiem, że to trudne, ale musisz mi powiedzieć, jak się czujesz.
— Boli. Wszystko boli. — Jego skóra znów zaczęła płonąć, jakby kąsało go stado czerwonych mrówek. Każdy ruch pielęgniarki sprawiał, że drżał, a w ustach poczuł paskudny posmak.
I zapachy. Przepływały przez jego nos, wywołując paskudny ból głowy.
— Boli — powtórzył. — Głowa. Skóra. Zapachy. Gdzie on poszedł?
Dzięki Merlinowi, dźwięk jej ruchów ustał.
— Ktoś tu był? Kto?
— Nie wiem. Dobrze pachniał.
To było niedopowiedzenie. Ten zapach wanilii i egzotycznej pikanterii wyciągnął go z ciemności, w której chował się przed bólem. Ta odurzająca woń zablokowała jego ból głowy, a delikatny dotyk złagodził palącą skórę.
— Jesteś pewien, że to był mężczyzna?
Harry zaczął potakiwać, ale przestał po chwili. Zapach wanilii i miękkie dłonie powinny wskazywać na dziewczynę, ale Potter nie zastanawiał się nad tym, dopóki nie został zapytany.
Spróbował wzruszyć ramionami, ale efekt końcowy nie wydawał się wart wysiłków.
— Nie jestem pewny. Nie.
— Dobrze, Harry. Pójdę po dyrektora i profesora Snape’a, żeby pomogli wyjaśnić ci, co się dzieje. Jednak najpierw dam ci eliksir, który pomoże stłumić twój zmysł zapachu i
znieczulić skórę. Wiem, że smak jest paskudny, ale musisz wypić wszystko.
Fiolka została wciśnięta w jego dłonie i skierowana w stronę ust, ale na całe szczęście kobieta nie dotknęła skóry Harry’ego.
W chwili, w której gęsta ciecz znalazła się na jego języku, Gryfon zrobił wszystko, żeby się nie zakrztusić i jej nie wypluć. Słowo „paskudny” nie opisywało w pełni smaku eliksiru, który był gorszy niż fasolka Bertiego Botta o smaku wymiocin i ranił jego język niczym tysiąc wbijanych szpilek.
— Dobrze, Harry — powiedziała pielęgniarka, kiedy skończył. — Zaraz wrócę. Nie wychodź poza granicę czaru wyciszającego i nie zdejmuj opaski z oczu, ponieważ mikstura nie działa na słuch i wzrok.
Kojąca cisza znów go otoczyła i Harry ułożył się ponownie na łóżku. Przesunął palcami po swoich poplątanych włosach i przez sekundę znów poczuł słaby zapach wanilii i czegoś egzotycznego. Obniżył dłonie i zaczął wdychać cudowną woń. Po raz kolejny pulsujący ból odrobinę zmalał. Dlaczego? I co mu dolegało, że pani Pomfrey potrzebowała asysty Dumbledore’a i Snape’a, aby mu to wytłumaczyli?
Harry próbował sobie przypomnieć, jak dostał się do Hogwartu, ale miał w głowie tylko niepołączone ze sobą fragmenty wspomnień. Niosący go dyrektor. Dursleyowie zostawiający go w lesie jedynie ze starym śpiworem i przenośną lodówką. Pamiętał, że miał urojenia, i że widział i słyszał rzeczy, których nie powinien.
Pamiętał opuszczanie szkoły. Rozżalenie na samego siebie za każdą pomyłkę, którą popełnił, a która doprowadziła do wydarzeń w ministerstwie. Rozmyślanie nad każdym wyborem, który podjął i przeklinanie siebie za swoje impulsywne, nieprzemyślane decyzje.
Pamiętał wakacyjne noce wypełnione smutkiem i koszmarami pokazującymi mu śmierć Syriusza, wciąż od nowa.
Jego ostatnim wyraźnym wspomnieniem były urodziny, zignorowane przez jego tak zwaną rodzinę. Uśmiechnął się jednak odrobinę, przypominając sobie prezenty, jedzenie i kartki, które dostał o północy od przyjaciół.
Pamiętał wujka Vernona krzyczącego na niego ze złością, ponieważ zostali zaproszeni do domku letniskowego jego szefa i nie mieli zamiaru zabierać ze sobą czubka. Zostawienie go samego w mieszkaniu nie wchodziło w grę, a dziwny związek pani Figg z jej kotami sprawił, że wuj zaczął coś podejrzewać. Zadecydował więc, że najlepszym rozwiązaniem będzie zostawić Harry’ego na kempingu w lesie.
W jaki sposób Harry dostał się do Hogwartu? I dlaczego wszystko go tak bolało?
Dopadli go śmierciożercy? Został przeklęty? Zjadł zatrutą jagodę albo grzyba? Jak znalazł go Dumbledore? Kto wślizgnął się do skrzydła szpitalnego, aby go zobaczyć i nie wypowiedział ani słowa?
Zmęczony nieustającym potokiem myśli, Harry przycisnął dłoń do twarzy, wdychając ulotny zapach pozostawiony przez nocnego gościa i odpłynął w spokojną nicość.

*

Wyczuł zmiany wokół siebie, kiedy trzech członków grona pedagogicznego powróciło do pomieszczenia. Czuł sposób, w jaki ich ruchy wysyłały w jego kierunku fale powietrza oraz słaby wzrost temperatury od ciepła, które emanowało z ich ciał. I pomimo eliksiru, który dała mu Pomfrey, wciąż mógł ich poczuć. Ostry, siarkowy aromat eliksirów od Snape’a. Słodka, owocowa woń od Dumbledore’a i zapach środków odkażających, które skojarzył z pielęgniarką.
Kierowany ciekawością, Harry odwrócił się w stronę słodkiego zapachu. Mógł być zły na dyrektora za fiasko w ministerstwie, ale wiedział, że Dumbledore szczerze tego żałował. Ten mężczyzna był jedynym solidnym, niezachwianym wsparciem w jego życiu i Harry potrzebował teraz jego kojącej obecności.
— Profesorze Dumbledore, co się dzieje? Naprawdę jestem w Hogwarcie? Jak się tu dostałem? Co mi jest? Zostałem przeklęty? — Słowa wypłynęły z jego ust. Starał się usiąść, choć jego własny głos odbijał mu się echem w głowie.
— Spokojnie, chłopcze, spokojnie. Wiem, że masz dużo pytań i odpowiemy na nie najlepiej, jak będziemy mogli.
Harry powstrzymał prychnięcie. Albus Dumbledore nigdy nie podawał dobrowolnie informacji. Zawsze raczył rozmówcę półsłówkami i tajemniczymi wskazówkami, które nie miały sensu, aż do chwili, gdy było za późno.
— Zacznijmy od prostych pytań. Tak, naprawdę jesteś w Hogwarcie. I to ja cię tu przyniosłem. Co jest ostatnią rzeczą, którą pamiętasz?
Ach, tak. Druga ulubiona technika dyrektora, zaraz po mówieniu zagadkami – odpowiadanie pytaniem na pytanie. Wszystko zaczęło się rozjaśniać w głowie Harry’ego, a jego umysł starał się połączyć niekompletne fragmenty wspomnień w całość.
— Szef wuja zaprosił go do swojego wiejskiego dworku na wakacje, ale po tym jak Hedwiga wdała się w walkę z psem sąsiadów, odmówili zostawienia mnie samego w domu. Wyrzucili mnie w lesie kilka kilometrów dalej, z dala od wzroku ludzi. Mieli mnie odebrać z drogi po tygodniu.
— W lesie? Samego? — sapnęła pani Pomfrey, brzmiąc na przerażoną. — Ale masz tylko szesnaście lat!
Harry sądził, że usłyszał za nią kaszlnięcie, nim Snape zadrwił:
— Albusie, ta wspaniała ochrona krwi, która ma utrzymać chłopaka przy życiu działa tylko wtedy, kiedy Potter faktycznie znajduje się w domu.
— Wiem. — Dyrektor brzmiał płasko, z odrobiną złości w swoim głosie. Coś, czego Harry nigdy wcześniej u niego nie słyszał. — Zdaję sobie sprawę, że muszę ponownie rozpatrzyć nasze porozumienie.
Następnie jego głos zmienił się z chłodnego w ociekający słodyczą.
— Harry, powiedz nam, co stało się później.
— Eee, cóż, na początku było w porządku. Nigdy nie byłem naprawdę sam w czasie wakacji, więc to stanowiło ciekawe doświadczenie. Ale wtedy… — Och, Merlinie, nie chciał mówić im o tym, co pamiętał. Zamkną go w Świętym Mungu, gdy to usłyszą.
Jego serce zaczęło szybciej bić, a oddech wyrwał się spod kontroli.
— Zrelaksuj się, Harry. Wszystko będzie dobrze.
Poczuł, że powietrze wokół niego się porusza, jakby ktoś sięgnął ku niemu, ale powstrzymał się w ostatniej chwili.
Skąd, do kurwy, on to wiedział?
— Harry — powtórzył delikatnie Dumbledore. — Po prostu powiedz nam, co się stało w lesie.
— Nie wiem. Wszystko jest… rozmazane. Zacząłem widzieć rzeczy. Słyszeć. Rzeczy, których tak naprawdę tam nie było. — Ostatnią część przyznał niechętnie, czekając, aż osoby wokół niego zaczną kwestionować jego poczytalność.
Zamiast tego, Dumbledore jedynie zapytał:
— Co się stało później?
Harry wytężył pamięć, aby pozbierać razem wspomnienia, złudne obrazy, krótkotrwałe bolesne impulsy i wzrastające poczucie niepewności, których doświadczył w lesie.
— Eee, najpierw dostałem wysypki. Bolało i piekło. Myślałem, że upadłem na jakiś trujący bluszcz, czy coś. Byłem wykończony, ale nie mogłem spać przez ból. — Zmarszczył brwi, gdy to wszystko do niego wróciło. — Pamiętam obserwowanie jastrzębia. Był pełen gracji. Piękny. Nie spuszczałem go z oczu, gdy wzlatywał wyżej i wyżej.
— A potem?
Harry potrząsnął głową.
— Potem wszystko stało się całkowicie rozmazane. Pamiętam bycie niesionym i przebywanie w skrzydle szpitalnym, a potem znów trafiłem w nicość.
— Klasyczne odpłynięcie — wymamrotał Snape.
— Co?
— Za minutę wyjaśnimy wszystko najlepiej, jak będziemy mogli — obiecał Dumbledore. — Czy jest jeszcze coś, co pamiętasz?
— Jak przez mgłę pamiętam wuja Vernona krzyczącego na mnie i kopiącego mnie, żebym wstał. — Usłyszał sapnięcie pani Pomfrey. Jednak to, co go zaskoczyło, to syk, który wydał z siebie Snape. — Sądzę, że pamiętam pana, dyrektorze, mówiącego do mnie. Rozkazującego Dursleyom, żeby poszli do domu, zapewniając ich, że trafię pod dobrą opiekę. Ale to oddalone wspomnienia. Później poczułem wanilię, coś pikantnego oraz czyjąś dłoń na mojej.
— I nie wiesz, kto to był?
Harry potrząsnął cicho głową.
— Pani Pomfrey powiedziała, że sądzisz, że to był mężczyzna, to prawda?
Gryfon wzruszył ramionami.
— Może.
— Dlaczego myślisz, że to chłopak?
Uch, to było poniżające i niezręczne.
— Ja, eee, złapałem go. Jego dotyk był przyjemny. I dobrze pachniał. Gdy go dotykałem, wszystko mniej bolało. — Ściszył głos i skulił się w sobie. Rumieniec na jego policzkach piekł niczym kwas na wrażliwej skórze, ale wiedział, że nie zostawią go samego, dopóki tego nie wyjaśni. — Po prostu miałem wrażenie, że to on. Nie miał krągłości. Był silny.
Stabilny. Nie wiem. Proszę, czy wyjaśni mi ktoś, co się dzieje?
Odpowiedziała mu cisza i Harry dopisał swoje pytanie do listy rzeczy, które będzie musiał rozgryźć sam. Wtedy Dumbledore zaskoczył go, pytając:
— Słyszałeś kiedykolwiek o Fenomenie Strażnika?
— Eee... — Wytężył mózg, starając się przypomnieć sobie na szybko cokolwiek z pięciu lat zajęć, którym nie poświęcał wystarczającej uwagi. Nie po raz pierwszy pożałował, że nie ma tu Hermiony. — Nie.
— Oczywiście, że nie — wymamrotał Snape. — Nigdy nie przeczytał żadnej książki, która nie miała w nazwie słowa „quidditch”.
Harry praktycznie usłyszał uśmiech w głosie dyrektora, gdy ten odpowiedział:
— Może będziesz tak miły i mu wytłumaczysz, Severusie.
— Strażnik wykazuje cechy zachowania swoich przodków przed ucywilizowaniem…
— Profesorze Snape — warknęła Pomfrey.
— Cóż, właśnie tak opisywani są w książkach. Strażnik ma wrażliwość zmysłów, która znacznie przewyższa tę zwykłą, ludzką. Zostali powołani do istnienia przed tysiącami lat, aby chronić plemiona. Jest kilka teorii o ich pochodzeniu, ponieważ występują zarówno wśród mugoli, jak i czarodziejów. Mugole przypisują to genetyce i dyrdymałach o DNA. Wielu czarodziejów zaś wierzy, że nasi przodkowie, plemienni szamani, użyli swojej prymitywnej magii, aby przemienić niektórych członków swoich społeczności. Ta mutacja wciąż czasami się ujawnia się w niektórych rodach.
Harry czuł się, jakby słuchał jednego z długich pouczeń Hermiony. Wiedział, że to prawdopodobnie było ważne, ale wciąż nie odpowiadało na jego pytania.
— Ale co to jest? — wyrzucił z siebie niecierpliwie, przerywając monotonny monolog. — I jak się to leczy?
Teatralne, cierpiętnicze westchnięcie Snape’a wypełniło powietrze. Nawet w swoim obecnym stanie Harry nie mógł usłyszeć wywracania oczami, choć był pewien, że i tak otrzymał jedno w odpowiedzi.
— Ty nie…
— Wszystkie pięć zmysłów Strażnika jest wzmocnione — powiedział Dumbledore, wcinając się w słowo Snape’owi. — I choć na razie tego nie czujesz, jest to dar. Bardzo rzadki i specjalny talent, który umożliwi ci zrozumienie niektórych rzeczy na zupełnie innym poziomie, gdy tylko nauczysz się to kontrolować.
— Więc nie ma na to lekarstwa — odparł Harry głucho, czując, jak zamiera mu serce. Nauczył się znajdować w słowach Dumbledore’a odpowiedzi, których mężczyzna tak naprawdę nie wypowiadał. — Nie ma możliwości, żeby się tego pozbyć.
— Obawiam się, że nie, mój chłopcze.
— Ale ból zmaleje? Muszę tylko nauczyć się kontroli, tak?
Cisza znów stała się odpowiedzią na jego pytanie, ale Harry nie odważył się zdjąć swojej opaski. Miał przeczucie, że rzeczy jak zwykle nie przedstawiały się tak kwitnąco, jak mówił o nich Dumbledore.
Odpychając rosnącą w gardle gulę strachu, Harry zapytał:
— Więc będę już tak cierpiał przez wieczność, tak?
— Nie martw się, mój chłopcze. Zrobimy wszystko, co w naszej mocy, aby znaleźć ci Opiekuna. I wygląda na to, że w Hogwarcie znajduje się już ktoś odpowiedni do tego zadania.
— Opiekuna?
Coś w nim wskoczyło na swoje miejsce, gdy usłyszał to słowo. Ciepła fala potrzeby przepłynęła przez jego ciało. Poczuł narastające uczucie komfortu, dokładnie takie jak wtedy, gdy był u niego ten nieznajomy chłopak. Nagle każdy nerw w jego ciele wołał o Opiekuna.
— To ktoś z przynajmniej minimalnym darem magii astralnej, która jest kompatybilna ze Strażnikiem. On albo ona, może pomóc jego zmysłom i odgrodzić go od nadmiaru bodźców. W zamian Strażnik ochrania Opiekuna przed efektami ubocznymi czerpania magii ze świata astralnego.
Harry nigdy nie słyszał o tego rodzaju magii i nie miał pojęcia, o jakich efektach ubocznych mówił Dumbledore. Ale nauczył się, jak wyłapywać wszystkie kruczki z wypowiedzi dyrektora.
— Więc będę zależny od kogoś przez resztę mojego życia. Oczywiście, jeśli uda się znaleźć osobę, która będzie ze mną kompatybilna i zechce się do mnie przywiązać.
Wiedział, że się dąsa, ale nie mógł tego powstrzymać. Naprawdę był kurewsko zmęczony byciem dziwką przeznaczenia.
— Tak, cóż, w tym momencie w Hogwarcie nie ma nikogo na tyle silnego, aby mógł ci pomóc. — Jak zawsze maniery Snape’a pozostawały sporo do życzenia.
— Z wyjątkiem tego — powiedział Dumbledore — że tak właściwie ktoś taki istnieje.
— Ten, kto był tu dziś w nocy — wyszeptał Harry. Tak bardzo jak nienawidził myśli o byciu zależnym do kogoś, nie mógł powstrzymać pragnienia znalezienia się ponownie w ramionach tajemniczego gościa.
Starał się przywołać w myślach coś pomocnego, ale wszystko, co pamiętał to zapach, dotyk, bicie serca i uczucie ulgi. Nic, co ułatwiłoby znalezienie jego… Opiekuna.
— Pachniał jak cynamon i wanilia — wymamrotał Harry. — Bicie jego serca przynosiło ulgę, a jego dłonie były miękkie.
Z całą pewnością usłyszał prychnięcie Snape'a, nim ten odpowiedział:
— To bardzo pomocne, pani Pomfrey będzie wszystkich obwąchiwać, podczas gdy ja będę sprawdzał ich dłonie i słuchał bicia ich serc.
Harry warknął w kierunku, z którego dochodził głos mistrza eliksirów.
— Przecież w szkole nie może mieszkać teraz zbyt wiele osób. Są wakacje.
Dumbledore odchrząknął z zakłopotaniem, co oznaczało, że sytuacja nie jest tak prosta. Jednak to profesor eliksirów odpowiedział sarkastycznie na pytanie Gryfona.
— Normalnie miałbyś rację, Potter. Jednak standardowo twoje wyczucie pozostawia wiele do życzenia.
Rozdrażnione westchnięcie Dumbledore’a w kierunku mistrza eliksirów przyciągnęło uwagę Harry’ego z powrotem do dyrektora.
— W budynku znajduje się przynajmniej tuzin uczniów, pozostających w zamku z powodów szkolnych i prywatnych. Gościmy również delegację rady nadzorczej szkoły, która przyjechała na jutrzejsze, całodniowe spotkanie. Wielu z nich zabrało ze sobą członków rodziny i współpracowników. Większość naszej kadry nauczycielskiej jest tutaj, tak samo jak kilku przedstawicieli Beauxbatons i Durmstrangu. Do Hogwartu zostały również zaproszone zagraniczne szkoły na nieoficjalne spotkanie w sprawie przedyskutowania programów nauczania i bezpieczeństwa uczniów.
Oczy Harry’ego rozszerzyły się pod opaską, gdy słuchał recytacji dyrektora i zdał sobie sprawę, jak trudne będzie odnalezienie jego Opiekuna. Gdy Dumbledore skończył mówić, jedyne, co Potter mógł z siebie wydusić, to:
— Och.
— Nie możemy powiedzieć wszystkim, że tu jesteś i co ci dolega, aby przeszli się po skrzydle szpitalnym, żebyś mógł ich sobie obwąchać — dodał Snape ze swoją zwyczajową pogardą.
— Eee, nie, to nie byłoby dobre wyjście. Kto jeszcze wie, że tu jestem? Jak sądzę, utrzymaliście to w tajemnicy, co powinno zawęzić pole poszukiwań.
Po raz kolejny po jego pytaniu zaległa cisza. Po minucie czy dwóch był gotów powtórzyć swoje słowa, ale pani Pomfrey powiedziała:
— Jedynie nasza trójka i Hagrid wie, że jesteś tutaj.
Harry czuł się wykończony, a eliksir przestawał działać, ale odepchnął od siebie te uczucia i spróbował się skoncentrować.
— Najwyraźniej wie ktoś jeszcze. Ustawię czary ochronne w skrzydle szpitalnym, aby powiadomiły nas, kiedy przyjdzie tu po raz kolejny.
— Nie!
Pomimo bólu, Harry poderwał się do pozycji siedzącej i gapiłby się na nich, gdyby tylko nie miał zasłoniętych oczu.
— Nie. Jeśli wyczuje czary, może zrezygnować i już nie wrócić.
Jego głos obniżył się do szeptu i zmienił w skamlenie, gdy Potter przyłożył dłonie do swojej pulsującej bólem głowy. Nie chciał Opiekuna, ale najwyraźniej go potrzebował. A jeśli miał go zdobyć, musiał mieć pewność, że Snape i Dumbledore go nie przepłoszą.
Merlinie, był taki zmęczony. Słodki zapach cukierków i ostry odór siarki zaczęły go przytłaczać. Starał się oddychać przez usta, ale nadal czuł ten smak i zaczął się krztusić.
Pani Pomfrey zobaczyła, w jakim jest stanie i czym prędzej wygoniła dwóch pozostałych mężczyzn z pokoju, zapewniając Harry’ego, że nadszedł czas na odpoczynek.
Dopiero kiedy cała ich trójka zostawiła go w spokoju, Potter zdał sobie sprawę z tego, że wciąż nie otrzymał wielu odpowiedzi. Nie wiedział, jak długo znajdował się w Hogwarcie. Albo co, do cholery, miał zrobić ze swoimi supermocami.
Niezdolny do logicznego myślenia, po tym, jak eliksir przestał działać, poddał się nicości.

*

Draco ostrożnie przemierzał korytarze. Instynkt przetrwania nakazywał mu biec, ale jego przebiegła strona podpowiadała mu, że w ten sposób da się tylko dużo szybciej złapać.
Zamiast tego poruszał się w przemyślany sposób, mimo że jego płuca krzyczały o więcej powietrza, gdy zmusił je do normalnego rytmu, odmawiając sobie brania głębokich wdechów.
Było blisko. Głupota. Lekkomyślność. Impulsywność. Wszystkie cechy, które go nie opisywały i był z tego dumny. To przywary Gryfonów.
Głupotą było podjęcie tamtego ryzyka. Ukrywali Pottera nie bez powodu. Gdyby znaleźli Draco w jego pobliżu, wzięliby go za szpiega. Mogliby wykopać go z Hogwartu. Albo gorzej – gdyby doszli do wniosku, że wie za dużo, zamknęliby go gdzieś. Zimny dreszcz przeszedł wzdłuż jego kręgosłupa, gdy pomyślał o Azkabanie. I dementorach.
Kiedy dotarł do pokoju wspólnego Slytherinu, szybko wszedł do środka, zatrzaskując za sobą drzwi i opierając się o nie plecami.
— Co ty, do kurwy, sobie myślałeś, Malfoy? — przeklął sam siebie, gdy wreszcie pozwolił swojemu ciału na panikę, którą odpychał od siebie, odkąd opuścił skrzydło szpitalne.
Kiedy jego oddech i serce wróciły do normalnego rytmu, poczuł na sobie czyjeś spojrzenie. Ktoś go obserwował.
Nieśmiały drugoroczny gapił się na niego z krzesła przy kominku. Gdy tylko Draco go dostrzegł, Segundus opuścił wzrok i skulił się w sobie.
Draco wyprostował się, odpychając od drzwi, gdy zdał sobie sprawę, że nie jest sam. Choć równie dobrze mógłby być. Drugi Ślizgon jedynie marnował przestrzeń w pokoju wspólnym, nic poza tym. Dzieciak musiał brać korepetycje z zaklęć i transmutacji, poza tym był tak bojaźliwy, że piszczał, gdy musiał coś powiedzieć. A to nie zdarzało się często. Uciekał i chował się za każdym razem, kiedy ktoś podnosił głos w jego obecności.
Był hańbą dla domu Slytherina. Ślizgoni może i skupiali się głównie na przetrwaniu, ale nie byli tchórzami.
Draco prychnął i wyszedł z pomieszczenia, zostawiając w nim drugorocznego. Gdy tylko zamknął drzwi swojej sypialni, poddał się dobremu, staromodnemu napadowi furii. Wściekał się i przeklinał, rzucając niektórymi rzeczami i wysadzając w powietrze inne.
Niech szlag trafi jego ojca za danie się złapać. Za pójście do więzienia. Za zmuszenie Draco do porzucenia ich wspaniałego stylu życia na rzecz ukrywania się. Niech cholera weźmie Czarnego Pana za bycie małostkowym, mściwym, sadystycznym tyranem, który zmusił Draco do przebywania w Hogwarcie, zamiast ze swoją rodziną. Do diabła ze snami i cholernym Dumbledore'em za wymaganie od niego aktywnego udziału w ratowaniu samego siebie.
I do diabła z Potterem za bycie słabym, żałosnym i zranionym. Za nie wykonanie swojego zadania. Za bycie jedyną nadzieją Malfoya na przetrwanie. I niech go szlag trafi za sprawienie, że Draco czuje potrzebę głaskania go i łagodzenia jego bólu.
Ślizgon zamarł, gdy ta myśl pojawiła się w jego głowie. Nie obchodził go Bliznowaty. Nie miał żadnych powodów do troszczenia się o niego. Jego jedynym celem było upewnienie się, że Chłopiec, Który Przeżył naprawdę nie umarł. Teraz, kiedy wiedział, że nic mi nie grozi, mógł usiąść i zapomnieć o sprawie.
Nie miał zamiaru widzieć już Pottera, a przynajmniej do czasu, aż zacznie się rok szkolny. Nie zamierzał ryzykować bycia złapanym przez Pomfrey, Dumbledore’a czy Snape’a. Potter był teraz skazany na siebie.
Zdecydowany i wykończony, Draco kategorycznie odepchnął od siebie wspomnienie Gryfona sięgającego po niego i wczołgał się do łóżka, starając się zażyć trochę porządnego snu.

*

Dwa dni później Malfoy siedział na śniadaniu, popychając widelcem jedzenie na swoim talerzu i gapiąc się na nie bez skupienia. Był zmęczony, jego powieki opadały sennie i musiał potrząsać głową, żeby utrzymać się w stanie przytomności. Oddałby wszystko za odrobinę odpoczynku, ale był przerażony myślą o śnie.
Wizje znów powróciły w całej swej zbyt wyrazistej okazałości. Wciąż i wciąż ukazywała mu się apokaliptyczna, finałowa walka między Czarnym Panem a Harrym Potterem. Z wyjątkiem tego, że w połowie tych snów Potter nawet się nie pokazywał, a w drugiej był słaby i opierał się o swoich gryfońskich wyznawców, wciąż mając na sobie opaskę na oczach i machając bezużytecznie różdżką. Nie potrafił przetrwać zbyt długo w walce przeciwko nieludzkiemu czarodziejowi. Masakra i następstwa jego porażki w obu przypadkach były przerażające.
Jednak absolutnie najgorszymi snami były te, gdzie Draco stał jako prawa ręka Tego, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać. Jego obowiązkiem było karanie tych, którzy zasłużyli na to w oczach Czarnego Pana.
Raz obudził się rano, czując potrzebę zwymiotowania po bardzo graficznym śnie.
Od tamtej pory cały czas był przytomny, a te odrobiny snu, których udało mu się zażyć, zdecydowanie nie były spokojne. Draco ziewnął głośno, pomimo najlepszych chęci, aby tego nie robić. Rozejrzał się wokół szybko i odetchnął zadowolony, gdy nikt nie zobaczył chwili jego słabości.
To musiało ustać. Na pewno istniał jakiś sposób na powstrzymanie tych wizji. Rozważał pójście do Snape’a i zapytanie go o jakiś eliksir, ale wciąż zbytnio mu nie ufał. Dumbledore był na tyle pewny, że mężczyzna jest po ich stronie, że pozwalał mu przebywać przy Potterze. A fakt, że Bliznowaty przetrwał pięć lat w tej szkole z człowiekiem, który znał się lepiej na warzeniu eliksirów niż robieniu śniadania, prawdopodobnie dawał dyrektorowi podstawy do zaufania.
Jednak Draco był ostrożny z natury, przez swoje wychowanie, a teraz także z konieczności. Nie ufał nikomu, oprócz swojej matki. Nawet ojciec go zdradził. Przyłączył się do Czarnego Pana, został złapany i zamknięty w więzieniu, i przede wszystkim okłamywał Draco przez całe życie, mówiąc o chwale i wspaniałości Voldemorta.
Nie, Draco nie był w stanie zaufać komukolwiek, jeszcze nie teraz. A już w szczególności nie komuś z Mrocznym Znakiem. Wątpił też, że kiedykolwiek przyzna się na głos, że ma wizje. I zważając na fakt, że Snape nie pomoże mu, nie wyciągając najpierw z niego całej historii, ta opcja pozostawała poza zasięgiem Ślizgona.
Tak samo było z Pomfrey, nawet gdyby odważył się pójść gdziekolwiek w okolice skrzydła szpitalnego, szukając pomocy.
Sam znajdzie sposób, aby sobie z tym poradzić. Po śniadaniu pójdzie do biblioteki i znajdzie rozwiązanie. Jakoś.

*

W czasie lunchu Draco był sfrustrowany, wykończony i gotowy, żeby krzyczeć. Albo płakać. Godziny w bibliotece podsunęły mu jedynie Eliksir Słodkiego Snu. Nie miał jednak pojęcia, jak go dla siebie zdobyć. Jeśli nie znajdzie innego rozwiązania, prawdopodobnie zdecyduje się na błaganie.
Jego ciało zachowywało się, jakby się buntowało. Kosztowało go wiele energii, aby chociaż unieść stopę i przesunąć ją do przodu, a utrzymywanie otwartych oczu było nieustającą walką. Żołądek go palił, a głowa okropnie bolała.
Musiał przystanąć kilka razy w drodze z biblioteki do Wielkiej Sali. Opierał się o ściany i posągi, starając się złapać oddech i zebrać energię na dalszą wędrówkę. Przysiadł na podłodze rzadko używanego korytarza, kilkadziesiąt metrów od Wielkiej Sali, modląc się, aby nikt nie znalazł go w tym stanie. Wiedział, że odpływa, a sen przyzywał go niczym morska syrena. Był świadomy tego, że powinien z tym walczyć i nie zasypiać, ale nie miał już siły. Kiedy jednak usłyszał w dalszej części korytarza prowadzoną szeptem rozmowę, natychmiast się rozbudził.
— Co z Harrym? Wszystko będzie z nim w porządku, prawda? Psor Dumbledore powiedział, że obudził się na kilka chwil poprzedniej nocy.
Ktoś naprawdę powinien popracować nad swoim szeptem, bo mógłby nim obudzić martwych. Powinien rozważyć mówienie szyfrem, aby ktoś postronny nie zrozumiał jego słów.
Pomimo bycia zdegustowanym samym sobą, Draco wychylił się i zaczął nasłuchiwać, gdy Pomfrey odpowiedziała znacznie cichszym tonem:
— Obudził się i rozmawiał z nami przez pewien czas.
Oddech Draco zatrzymał się na chwilę, ale kobieta nie wspomniała nic o żadnym nieznajomym odwiedzającym. Może Potter nic nikomu o tym nie powiedział?
Dopiero chwilę później zaspany mózg Draco zarejestrował, że pielęgniarka nie odpowiedziała na pytanie półolbrzyma. Nie wspomniała nic o tym, czy z Gryfonem jest wszystko dobrze ani czy mu się poprawia.
— Dobrze, to dobrze. — Ten wielki przygłup nie zauważył braku informacji. — Odkryliście już, co mu jest, prawda? I jak się to leczy?
— Tak, wiemy, co musimy zrobić, aby Harry’emu się polepszyło — odpowiedziała Pomfrey, ostrożnie dobierając słowa.
Nie było żadnych wątpliwości, że tym razem nie mówiła Hagridowi wszystkiego, ale ten głąb to przeoczył. Coś w jej głosie zapewniło Draco, że nawet jeśli wiedzieli jak uleczyć Pottera, to nie znaczyło, że mieli faktyczne lekarstwo.
— Mogę go zobaczyć?
Draco nie miał pojęcia, dlaczego jego żołądek zacisnął się na to pytanie. Czemu przejmował się tym, czy Potter może przyjmować gości? I tak nie zamierzał tam wrócić.
— To nie jest dobry pomysł, Hagridzie. — Jej ton był uprzejmy, ale zdecydowany. — Nikt nie może wiedzieć, że Harry jest tutaj. Jeśli zaczniesz nagle odwiedzać skrzydło szpitalne, ktoś może zrobić się podejrzliwy. Poza tym, nie wiem, kiedy chłopiec ponownie się obudzi.
Niewypowiedziane jeżeli zabrzęczało w głowie Draco, gdy dwójka pracowników szkoły zniknęła poza zasięgiem jego uszu. Wielki przygłup nie wyłapał tego w głosie Pomfrey, ale Malfoy już tak.
Mogą wiedzieć, co dolega Potterowi, ale nie mają pojęcia, jak to naprawić. Draco skulił się mocniej w sobie, przyciągając kolana do klatki piersiowej i starał się zwalczyć fale mdłości, które przepływały przez jego ciało.
Wmawiał sobie, że przeszywający strach, który czuł, pojawił się tylko dlatego, że Gryfon był nadzieją czarodziejskiego świata. Jeśli by umarł, wszyscy mieliby przejebane. Zarówno Czarny Pan, jak i Dumbledore wierzyli, że jedynie Potter mógł zabić Tego, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać. Draco nie miał innego wyboru, jak również w to uwierzyć. Nieważne czy tego chciał, czy nie.
Nie wiedział, co się działo. Ani jak mógłby pomóc. Jednak zaczął rozumieć, że nie zazna spokoju, dopóki nie pójdzie do skrzydła szpitalnego i nie zobaczy Pottera ponownie.