Actions

Work Header

Zupełnie nowy rodzaj końca świata

Summary:

— Ludzie, choćta zobaczyć, kuń wlazł na dach!

Wiedźmin Geralt zajmuje się swoimi wiedźmińskimi sprawami. Poluje na potwory, leje się po mordach w karczmie, wyciąga zardzewiałe miecze z rzeki i ściąga gacie martwym Nilfgaardczykom. Wokół niego pojawia się jednak coraz więcej zjawisk, które wyglądają na sprawkę podejrzanej, nieznanej mu magii. Dlaczego beczki fruwają, ghule i skrzynie wybuchają, a Płotka ląduje na dachu chłopskiej chaty?
I co najważniejsze — jak ją stamtąd ściągnąć?

— Psia mać — zamruczał pod nosem.

Notes:

(See the end of the work for notes.)

Chapter 1

Notes:

Zaczęłam tego ficzka ponad pół roku temu, kawałek tego tekstu leżał przez te miesiące... Postanowiłam do niego wrócić i opowieść zaczyna się rozrastać bardziej niż przypuszczałam xd

(See the end of the chapter for more notes.)

Chapter Text

Jaskółcze ziele nie obrodziło w tym roku.

Geralt błądził po krzakach, kluczył po zaroślach, stąpał po chaszczach. Tego cholernego zielska było jak na lekarstwo; ledwo był w stanie wypatrzeć żółte jak siki kwiatki w zalewie zieleni. Płotka pasła się nieopodal, machając ogonem niczym miotłą, by odgonić końskie muchy i gzy, wielkie jak palec, wściekłe jak osy. Potwory się legną dziesiątkami, insekty mnożą jak nigdy, w ludziach zamiera dobro i szlachetność. Starzeję się, pomyślał wiedźmin. Kark mnie napierdala.

Jego sakiewka w końcu wypełniła się kwiatami, które tego wieczora miały się przemienić w życiodajny eliksir.

Wyprowadził Płotkę z zarośli na szlak, dociągnął popręg i wskoczył na nią zwinnym ruchem. Klacz ruszyła miarowym stępem w stronę rzeki, od której wiatr przywiał smród. Coś musiało się tam rozkładać albo baby ze wsi wylewały tam ścieki.

Nie minęła chwila, a Geralt dotarł nad mały, kamienny mostek przecinający płytką rzeczkę, szumiącą i całkiem zachęcającą, gdyby nie zapach. Postanowił odnaleźć jego źródło, licząc na kręcące się w okolicy trupojady, z których mógłby wydłubać bebechy na mikstury.

Śmierdzielstwem okazali się być trzej Nilfgaardczycy w stanie średniozaawansowanego rozkładu, leżący pomiędzy kratami pod mostkiem. Trupojady jeszcze nie zdążyły się zlecieć. Geralt jednak i tak zamierzał skorzystać na tym odkryciu. Powyciągał z wody miecze, które już powoli zaczynały zachodzić korozją; pościągał hełmy, kaftany i gacie. By dostać się do butów – pięknych, ze wspaniale wyprawionej skóry – musiał poodcinać stopy. Choć garderoba i broń tonęły w śmierdzących flakach, Geralt miał swoje sposoby, jak na powrót przywrócić im świeżość i posprzedawać przypadkowym handlarzom, nieświadomym, w jaki sposób wszedł w posiadanie towaru.

W poszukiwaniu kolejnych łupów Geralt przecisnął się przez kratki, by dostać się na drugą stronę mostu. Liczył na znalezienie jakiś skrzynek, które mogli przewozić ze sobą ci żołnierze, lub większej ilości trupów. Niestety, było tu pusto.

Jednak jeden szczegół przykuł jego uwagę.

Na brzegu, wąziutkiej plaży, znajdowała się beczka. Przywodziła na myśl zwykłą beczkę, w której chowa się piwo, kapustę lub zamordowanego własnoręcznie sąsiada. Ta beczka jednak unosiła się lekko nad piaskiem; trwając w powietrzu nieruchomo. Wyglądało na to, że jest to ślad jakiejś podejrzanej magii, medalion jednak nie drgał.

Ta anomalia zaniepokoiła Geralta głęboko. Wygramolił się z wody i zbliżył się do niezwykłego obiektu, oglądając go ze wszystkich stron. Nie zauważył niczego szczególnego, poza tym że beczka była absolutnie nieruchoma, jakby zamrożona w czasie i przestrzeni. Popukał w nią. Drewno, zwykłe drewno, chyba dębowe. Kopnął w nią z całej siły i zawył z bólu jak ranny pies. Beczka była twarda jak kamień.

W końcu zdecydował się na podjęcie drastycznego kroku. Odsunął się na dwa kroki. Strzelił palcami obu rąk. I rzucił Igni płynnym, ale zamaszystym ruchem.

Coś huknęło przeraźliwie, Geralt poczuł że leci w tył i upada na piasek, a w uszach mu piszczy. Minęła chwila, z rodzaju tych długich, męczących chwil. Zorientował się, że przeżył wybuch. Być może zamach na jego podłe życie.

Wstał, choć kark napierdalał go bardziej niż zazwyczaj. Dookoła walały się deski i śrubki, które minutę temu były opętaną przez złe duchy beczką. Musiała eksplodować pod wpływem Igni. Eksplodować, zamiast spalić się jak normalna ludzka beczka. Ten świat zmierza nieubłaganie ku samozagładzie.

Wiedźmin postanowił puścić ten incydent w niepamięć. Wrócił na trakt i zagwizdał na Płotkę, ta jednak nie przygalopowała. Musiała uciec w las, spłoszona hukiem.

— Psia mać — zamruczał pod nosem.

 

***

 

Noc była ciemna i straszna, jak wojna, która tu przeszła. Trupojady złaziły się stadami, by posilić się i oczyścić teren z poległych, którym poszczęściło się zginąć i opuścić ten łez padół.

Na to liczył Geralt. Na obfity łów, na dziesiątki ghuli, z których wytoczy oleistą krew. I może na kilka zabłąkanych kundli, na psie sadło.

Głowy i kończyny fruwały w powietrzu, chrapiący skrzek wybrzmiewał jak najsłodsza muzyka. Ghule pakowały się bezmyślnie pod miecz, ich szczątkowe mózgi nie potrafiły ocenić zagrożenia, jakiego stanowił stary, zaprawiony w boju wiedźmin. W końcu wszystkie padły trupem na ziemię, która i tak już wcześniej wchłonęła zbyt wiele krwi.

Kocie oczy Geralta błysnęły. Coś mignęło między drzewami jak cień, jak upiór.

Wiedźmin ścisnął miecz mocniej w ręku. Wyczuwał kłopoty.

Ale to był tylko kolejny ghul, mniejszy niż reszta, wyglądał jednak na sprytniejszego. Widział, co się stało z jego pobratymcami, nie chciał więc się zbliżać, jednak zapach ludzkich trupów go kusił. A Geralt czekał.

Ghul w końcu wyłonił się zza drzew i przysiadł przy pierwszym napotkanym poległym żołnierzu, rozdzierając mu nieosłonięty brzuch. Zaczął żerować na gnijących flakach. A Geralt czekał.

Trupojad musiał być wygłodniały, bo wyżarł flaki czterem żołnierzom, by w końcu paść na ziemię z napiętym, okrągłym brzuchem. Gdyby nie miał tak paskudnej mordy, wyglądałby jak baba w ciąży.

Geralt zbliżył się do jęczącego z przejedzenia ghula cichym, kocim krokiem. Uniósł miecz, by wbić go w oślizgłe, napęczniałe ciało. Szybki, precyzyjny ruch, ghul nawet nie poczuje…

Bum.

Geralt wyleciał w powietrze razem z mieczem.

Wylądował prosto na gnijącym, rozerwanym przez potwory trupie. Ani miękko, ani przyjemnie.

Czy to był zgnilec, by mieć prawo tak wybuchnąć jak petarda, jak wkurzona Yennefer? Nie, niemożliwe, by to był zgnilec, przecież Geralt widział wyraźnie, że to ghul i to drobny. Poza tym eksplodujący zgnilec nie ma aż takiej siły rażenia, bez przesady. Wiedźmin został już przez takiego obryzgany flakami dziesiątki razy i nigdy nie wykopało go w powietrze.

Coś tu było mocno nie tak. Geralt przeczuwał nadchodzące kłopoty.

— Psia mać — zamruczał pod nosem.

 

***

 

Nie ulegało wątpliwości, że istniało jakieś połączenie pomiędzy wybuchającą beczką a wybuchającym ghulem. I to połączenie śmierdziało bardzo dziwną magią, jakiej Geralt nie spotkał jeszcze nigdy. Przydałaby się teraz Yen, ale ona teraz załatwiała swoje sprawy w Kovirze czy gdzie ją tam poniosło.

Geraltowi pozostało samemu rozwiązać tę zagadkę — bo przecież nie mógł tego tak zostawić. Te przypadkowo wybuchające artefakty mogą uszkodzić jakiegoś wsioka albo dziecko albo zwierzę. Choć zdecydowanie przydałoby się kilka takich wybuchających beczek w bastionie Czarnych…

Geralt był wiedźminem. Było jego obowiązkiem moralnym i prawnym rozwiązywać problemy. Chronić ludzkość.

Udał się do karczmy w Białym Sadzie, aby popytać, czy ktoś w okolicy doświadczył podobnego zjawiska paranormalnego. Zaparkował Płotkę tuż pod karczmą, dał jej wiadro wody, które stało obok i w którym pływało kilka utopionych owadów. Kupił kufel piwa, smakował podle, jak wiedźmińskie życie. Kilku chłopów prało się po mordach. Dwóch kupców grało w karty. Stara karczmarka wyrzuciła na zbity pysk pijaka, który przyszedł prosić o temerską żytnią. Wszystko było absolutnie normalne i akceptowalne.

Geralt przysiadł się do kupców, żeby ich wypytać o lokalne wieści i ploteczki, a także zagrać rundkę albo dwie w Gwinta. Spławili go jednak i zaraz zaczęli się kłócić sami, jeden oskarżał drugiego o nieodpowiednie użycie karty z Iorwethem. Geralt wykorzystał ten niepowtarzalny moment i podwędził im tę nieszczęsną kartę, gdy na siebie krzyczeli.

Napięta atmosfera i mała dawka alkoholu wprawiły go w bojowy nastrój i chwilę potem dołączył do chłopów lejących się po mordach. Lokalnym czempionem miał być Zygmunt Gorejąca Pała, potężny wsiok z wściekłym ogarem wytatuowanym niedbale na klacie, tak, że ogar przypominał raczej przerośniętego szczura ze śliną kapiącą z mordy. Geralt wyłożył 200 orenów oraz zardzewiały miecz, który wcześniej zajumał martwym Nilfgaardczykom. Potem w pięć ciosów i jednego kopa złamał Zygmuntowi nos i wybił zęba. Radość lokalnych chłopów była nieopisana. Postawili mu kolejne piwo. Geralt został lokalnym czempionem, nagrodą było udko z kurczaka oraz zestaw dwudziestu bełtów do kuszy.

Jakaś zakapturzona postać weszła cichuteńko do karczmy, usiadła w kącie i zamówiła piwo. Geralt wyczuł jej zapach na odległość, był dziwaczny — nie był to smród, po prostu coś ostrego i obcego. Lokalny oprych, szpieg, zbieg? Można by go pociągnąć za język. Na pewno ma bardziej łeb na karku niż chłopi.

Zanim jednak zdołał wyrwać się z kręgu wieśniaków wiwatujących jego zwycięstwo nad Gorejącą Pałą, jakaś baba wpadła jak burza do karczmy.

— Ludzie, choćta zobaczyć, kuń wlazł na dach!

Rozległ się szmer i śmiechy, ale zaraz całe towarzystwo wypełzło na zewnątrz, a Geralt razem z nimi, przeczuwając kłopoty.

Geralt widział w swoim życiu bardzo wiele, ale czegoś takiego nigdy.

Płotka, jego Płotka, jego młoda, silna klacz, stała na dachu chłopskiej chaty sąsiadującej z karczmą. Końskim zwyczajem leniwie obgryzała drewnianą belkę. Cała wieś zaczęła się zbierać, by podziwiać to nadzwyczajne zajście; szczególnie dużo radości miały dzieci.

— Psia mać! Płotka! Zejdź! — zawołał Geralt, ale właściwie to jak ona miała to zrobić? Jak zeskoczy, to się połamie. Szkoda dobrego konia. To nie kot, żeby się wspinać po ścianach czy płotach.

Płotka nadstawiła uszy, słysząc głos swojego pana, ale natychmiast wróciła do obgryzania drewna. To musiało być bardzo dobre drewno, skoro jej smakowało. Ona nie obgryzała byle czego. Tylko dobry dąb albo sosnę.

— Płotka! Na litość boską! — Geralt naprawdę zaczął się bać o swojego konia. Jak ją ściągnąć bez pomocy maga? Trzeba by skrzyń jakich naustawiać, ale przecież one się zawalą pod ciężarem konia. Zaraz, a właściwie dlaczego strzecha się nie zawalała pod kopytami Płotki?

— Płotka! Płotka! Płotka! — Geralt podszedł tuż pod chatę, w jego głosie brzmiała desperacja. — Coś ty zrobiła? Jak ja mam cię teraz ściągnąć?

Ostry zapach. Wyczuł za sobą zakapturzoną postać z karczmy. Ręka automatycznie powędrowała mu na rękojeść miecza.

— Wiedźminie, pozwól na chwilę — powiedziała postać szeptem, jakby wiedziała, że w takim hałasie tylko wiedźmin usłyszy tak ciche słowa. — Ściągniemy konika.

Geralt odwrócił się na pięcie. Zielone oczy łypały na niego spod czarnego jak smoła kaptura. Może mag jakiś. Akurat w tym miejscu i w tym czasie. Niesamowite.

— Jak? — zapytał wiedźmin szorstko, nieufnie. Medalion nie drgał, nie czuć było magii w powietrzu.

— Chodź — nieznajomy po prostu wykonał nieokreślony gest ręką i ruszył na podwórze, chcąc przejść na drugą stronę chaty, gdzie było ciszej. Wiedźmin, chcąc nie chcąc, podążył za nim, ale nie podobało mu się to wszystko.

Nieznajomy przystanął w pokaźnej stodole, do której drzwi były otwarte i był dobry widok na Płotkę. Wieś zebrała się po drugiej stronie, więc tu nie mogła im przeszkadzać, o ile nie przyjdzie gospodarz i nie przegoni ich ze swojej posiadłości.

Nieznajomy ściągnął kaptur i teraz Geralt mógł się mu przyjrzeć w słupie światła zachodzącego słońca. Miał ciemne włosy, długie i gęste, ale lewy bok jego głowy był wygolony na wzór jakiejś dziwacznej, egzotycznej mody. Gębę miał kształtną, bez zarostu, bez blizn. Nie mógł być stary, ale na pewno daleko mu było do podlotka, dało się wyczuć bijące od niego duże obycie ze światem. Ciężko było natomiast ocenić jego pochodzenie, jego ubiór był wciąż ukryty pod długim, czarnym płaszczem. Było zastanawiające dla Geralta skąd przybysz dorwał barwnik tak czarny, że aż zdwajający się kraść światło dnia. Nigdy nie udało mu się uzyskać takiego efektu, gdy farbował swoje własne szmatki.

— Miałbym zaklęcie na to — powiedział znajomy i wyciągnął spod płaszcza jakąś książkę i krótki metalowy patyk.

— Na teleportację?

— Na ściągnięcie konia z dachu.

— Konkretnie na to? To się dzieje częściej? Ktoś ułożył takie zaklęcie?

— Nie, ale zaraz spróbuję to zrobić.

Metalowy patyk musiał być jakimś ekscentrycznym narzędziem do pisania, bo nieznajomy zaczął skrobać nim w książce. Geralt zajrzał mu przez ramię, chcąc zobaczyć, co tam tworzył. To były jakieś dziwaczne litery, które po raz pierwszy widział na oczy.

Całość wyglądała mniej więcej tak:

document.getElementById("roach").style.position = "ground"

Mag wyrwał zapisaną kartkę z książki. Zza płaszcza wyciągnął kolejny przedmiot, dużą różdżkę, podobną do różdżki Myszowora. To było dość dziwne, że zmieściła mu się pod tym płaszczem, ale Geralt tego nie kwestionował, w końcu sam miał swoje sposoby na transport dwudziestu zardzewiałych mieczy wyłowionych z rzeki.

Płomyk wystrzelił z różdżki i spalił kartkę. Obaj spojrzeli na Płotkę, wciąż stała na dachu, zdążyła go już trochę obsrać.

— Hmmmm, to nie to — mruknął nieznajomy i zaczął skrobać kolejne zaklęcie. Geralt powstrzymał się od wrednego komentarza. W końcu chciał swojego konia z powrotem.

document.getElementById("roach").style.top = "0px"

document.getElementById("roach").style.position = "fixed"

Geralt z przerażeniem obserwował, jak Płotka przechyla się na jedną stronę i spada z dachu prosto w ogródek z kwitnącymi ziółkami. Krzyknął, będąc pewnym, że się połamała na amen, ale ona jakoś podniosła się niezgrabnie, potrząsnęła grzywą i złapała w gębę jakieś zielsko.

Geralt zagwizdał na nią. Podniosła głowę, nadstawiła uszy, ale się nie ruszyła.

— Płotka! — zawołał — chodźże!

— Nie rusza się? Poczekaj no — mag zaczął zapisywać kolejną kartkę szybko. Jego zaklęcie nadal wyglądało prawie nierozróżnialnie od poprzednich.

document.getElementById("roach").style.position = "static"

Nieznajomy spalił kartkę, Geralt gwizdnął, Płotka przykłusowała do stodoły, prychając szczęśliwie. Nie była połamana ani trochę.

— Dobra… — wymruczał nieznajomy — koń naprawiony… Zanotuję sobie to na przyszłość…

— Co to wszystko ma znaczyć? — zapytał w końcu wiedźmin, smyrając klacz po chrapach. — Co to jest za dziwna magia? Mój medalion nie drga. I pierwszy raz widzę, żeby ktoś tak rzucał zaklęcia.

— Mości wiedźminie, obiecuję wszystko wytłumaczyć. Może nie wszystko. Tyle ile mi osobiście wiadomo. Ale chodźmy gdzieś za wioskę, bo zaraz się nas zaczną wypytywać albo z widłami przegonią za czarną magię i diabelstwo.

Geralt wydał nieokreślone mruknięcie oznaczające zgodę. Wszyscy trzej szybkim krokiem udali się poza wieś, wiedźmin, mag i bardziej normalny w świecie koń.

Notes:

Obecnie pracuję nad tym fikiem intensywnie, mam nadzieję że skończenie go nie zajmie dużo czasu, kolejne rozdziały już mam i będę wrzucać <3

(Tbh zamiast tego Java Scriptu by pasował lepiej chyba jakiś C++, ale no, jest zdecydowanie mniej przyjemny dla oka xD game dev is not my cup of tea)