Chapter Text
Dean wrócił przed wieczorem, zmęczony po długim dniu pracy w tartaku, mnóstwem spraw do załatwienia i kilkoma spotkaniami pod rząd w mieście. Z ulgą zrzucił ciężkie, oblepione śniegiem trapery, nie przejmując się rosnącymi wokół kałużami brudnej wody.
Cas kilka dni temu dostał zakaz wychodzenia do holu, żeby się witać z wracającym alfą lub z odwiedzającymi go regularnie Amy i Jody, bo Ellen uznała, że mroźny podmuch od otwartych drzwi może go przeziębić. Nikt nie śmiał kwestionować jej poleceń i zakazów, jeśli w grę wchodziło zdrowie omegi, więc teraz grzecznie stał w progu kuchni, czekając, aż Dean odłoży rzeczy i odwiesi kurtkę.
Rano umówili się, że nie będzie dziś jechał do cukierni. Pogoda się popsuła, zresztą Dean od początku był przeciwny jego dalszej pracy. Nie forsował zakazu, żeby nie płoszyć głupiego wilczka, który dopiero co wrócił do domu i w każdej chwili jeszcze mógł się rozmyślić. Dean dostawał szału na samą myśl o tym, ale nie ignorował niewygodnych faktów: Cas pod byle pretekstem mógł wyprowadzić się do Jody, albo nawet wprost do tego cholernego garkotłuka, Charliego, zajmującego niezaszczytne miejsce numer jeden na liście osobistych wrogów Deana Winchestera. Och, jak bardzo chciał się go pozbyć z ich życia!
Niestety nie mógł, przynajmniej nie teraz. Rozważył różne opcje, od wynajęcia kogoś do wykonania mokrej roboty, po zaaranżowanie wypadku (porażenie prądem w kuchni, samochodowego, przypadkowej awarii kabiny w solarium lub zatrzaśnięcia w saunie), ale chociaż miło było sobie wyobrażać szczątki rywala usmażonego na skwarkę lub ugotowanego na parze, to okoliczności nie sprzyjały podejmowaniu drastycznych kroków.
Cas miał tę dziwną słabość do niego i pewnie by się wkurzył. Jody by nabrała podejrzeń a Dean nie miał ochoty ściągać sobie na głowę podejrzliwej i raczej wrogo nastawionej policjantki, czekającej tylko aż mu się potknie noga.
Wciąż uważała, że Cas popełnił życiowy błąd, wracając do watahy. Wystarczyłoby, żeby kiwnął palcem a wpadłaby tu z oddziałem SWAT, żeby go odbić. Dean postanowił nie ryzykować powtórki bolącego palca.
Zaciskał szczęki, uśmiechał się słodko podczas jej wizyt i starał się nie dawać omedze żadnych powodów do skarg. Zero rygoru, żadnych bezwzględnych żądań czy rozkazów, miękko i delikatnie. Właśnie tak: miękko i delikatnie. W kwestii cukierni również - na razie tylko prosił i marudził, licząc, że Cas sam podejmie właściwe decyzje.
Po ostatniej wizycie Amy nieoczekiwanie zyskał ważnych sojuszników: zarówno młoda lekarka jak i Ellen przyłączyły się do nalegań, aby Cas rzucił dojazdy i skupił się na szczeniaczku. Dean czuł, że dzięki nim uda się sprawę załatwić w białych rękawiczkach, bez psucia sobie wizerunku tym jak to surowy alfa więzi biednego omegę w domu i nie pozwala na harówkę za marne grosze samorealizację i błyskotliwą karierę. Musi tylko wykazać odrobinę cierpliwości a Ellen i Amy przekonają Casa. Po pierwsze: obie miały na niego ogromny wpływ. Ufał im i słuchał ich rad. Po drugie: obie miały bezsprzeczny autorytet i argumenty, którym ani Cas, ani tym bardziej Jody nie mogli się oprzeć: zdrowie i szczeniaczek.
Szczeniaczek. Coś, co tak ostentacyjnie wypełniało jego brzuch, miało własny zapach, splątany z wonią omegi, ale jednak inny. Trochę obcy, trochę niepokojący, jak coś, z czym Dean się nigdy wcześniej nie zetknął i musiał przyznać, że wywoływało w nim to pewien dyskomfort. Jakiś rodzaj... napięcia. Wyczekiwania. Uwagi. Swędzenia w opuszkach palców i skurczu karku, kiedy patrzył na tego głupka i wyobrażał sobie, co mogłoby się dziać, gdyby przestał go pilnować. Ile niebezpieczeństw na niego czyha. Przed czym trzeba go chronić.
Odkąd wsunął rękę pod fartuch, tam przed cukiernią, odkąd poczuł to coś zdecydowanie ruchliwego i żywego pod dłonią i sam nie wiedział, co to, jak to nazwać? Po prostu w jednej chwili coś kliknęło, włączyło się jak żarówka, wbiło się w niego jak haczyk i nie puszczało i on nie potrafił tego z siebie wyrwać. Nie chciał. Już nie. Ale chociaż nie potrafił tego nazwać, wiedział, co ma robić.
Trzeba chronić zawartość brzucha i koniec. Kropka. Nie ma nad czym się zastanawiać. Teraz ten brzuch to jest najważniejsza sprawa. Najważniejsze zadanie. O wiele ważniejsze niż dajmy na to... sejf, albo skarbiec smoka. O wiele ważniejsze niż wszystkie dotychczasowe wyprawy razem wzięte, niż przejście z tym głupkiem przez góry, niż rozprawienie się z tamtą watahą, która chciała ich okraść. Pozabijać i okraść.
Dean za nic w świecie teraz nie pozwoliłby nikomu ukraść sobie omegi i tego, co nosił. Rozdrażniały go te ranne wyjazdy do miasta, myśl, że omega znika na kilka godzin sprzed jego czujnych oczu, że z jego rąk wymyka się gdzieś tam, do innego wilka, do tego przeklętego Charliego, niech go szlag trafi! Że coś mogłoby mu się stać. Że coś mogłoby zagrozić temu czemuś... w brzuchu...
Co sprawiało, że Dean budził się w nocy i sprawdzał, czy nadal tam jest. Kładł dłoń i czekał, aż się poruszy, aż kopnie, aż się wypnie, dając znać, że nie zniknął, że nie jest kaprysem wyobraźni, pijacką mrzonką po zbyt wielu szkockich przed snem.
Mój. Mój szczeniaczek, myślał w ciemnościach, nasłuchując oddechu Casa. Mój. MÓJ. Mój, mój, mój... powtarzał, starając się poskładać do kupy ten obrazek: on, Cas i to coś małego, bezbronnego, ta ruchliwa kuleczka, na którą czekali. Dziecko. Mały wilczek, którego przypadkiem zrobił.
Ja go zrobiłem i jest mój. Zrobiłem szczeniaczka. Wsadziłem go do brzucha i teraz Cas rośnie i toczy się ociężale, przeze mnie. To ja mu strzeliłem gola, myślał i puchł z dumy. To ja mu zrobiłem ten brzuch, to dziecko - uśmiechał się jak idiota i lizał go po karku, smakując i węsząc.
Najchętniej zamknąłby go w domu, pod kluczem, wziął na smycz - jak na początku, jak za pierwszym razem - i trzymał przy nodze.
Najchętniej.
- No! Wreszcie! - Ellen zagderała, brzęcząc garnkami i trzaskając drzwiczkami kuchennych szafek. - Miałeś być po obiedzie, a tu zaraz kolacja!
- Gdzie chłopcy? Jeszcze ich nie ma?
- Bobby dzwonił, że już wracają. Odgrzać ci coś?
- Cześć. - Cas odkleił się od framugi, ale nie podszedł się przytulić. Nie to, żeby Dean czekał na te głupie, sentymentalne czułości. To była jedna z rzeczy, które mu się podobały w omedze: znał swoje miejsce i się nie narzucał. Okazywał szacunek i utrzymywał rozsądny dystans, jak należy wobec alfy. Nie będą się przecież zachowywać jak cholerne cioty z telewizji, albo pieprzone małżeństwo, którym nie są.
- Tak, zjadłbym coś. Jak tam mój dzieciak?
- Dobrze! Trochę pobrykał, ale dał nam pospać po lunchu. - Pochwaliła i mrugnęła wesoło do Casa. - Świetnie sobie tu radziliśmy!
- Czyli był grzeczny?
- Bardzo!
- A szczeniaczek?
Ellen zmarszczyła brwi, w pierwszej chwili nie rozumiejąc, o co Dean pyta. Czy przed chwilą mu nie odpowiedziała?
- Też dobrze... - Dokończyła powoli. - Może Cas ci opowie?
- Ty mi opowiedz.
Cas westchnął, przybliżając się o krok.
- Zjadłem cały obiad. - Pochwalił się nieśmiało. - I spałem potem. A przedtem też trochę spałem. - Zastanowił się, czy mówić, że pomagał Ellen w gotowaniu i upiekł cztery wielkie jabłeczniki na jutrzejszy deser. Dean jakoś ostatnio nie reagował zachwytami nad jakąkolwiek aktywnością omegi polegającą na czymś więcej niż łażenie po domu, leżenie na kanapie i oglądanie telewizji.
Nie ma co zawracać mu głowy, zdecydował po namyśle i przemilczał robienie sosu do pieczeni i te ciasta, stygnące w spiżarni.
- Wspaniale. - Alfa poklepał go po pupie. - Rozmawiam z Ellen.
- O mnie. - Cas zwrócił uwagę cichutko, czując że wchodzi na grząski grunt. - Ja sam mogę ci opowiedzieć...
- Na stoliku przy wejściu zostawiłem coś. - Przerwał mu Dean. - Dla ciebie. Przyniesiesz?
- Ale...
- Zmykaj. - Strzelił palcami w powietrzu, co było sygnałem, żeby Cas pospieszył się z wykonaniem polecenia, więc już bez zbędnych dyskusji odwrócił się na pięcie i podreptał do holu. Wiadomo, alfa każe, omega wykonuje bez szemrania. I naprawdę nie miał się co skarżyć, bo wszyscy go tu traktowali o wiele lepiej niż w starej watasze. O wiele lepiej. I Dean też był o wiele lepszy niż na początku.
O wiele, wiele lepszy.
Nie było już bicia, smyczy, krzyczał co najmniej o połowę rzadziej, nie zmuszał do niczego w tych sprawach, które... Cas się zaczerwienił, chociaż akurat nikt na niego nie patrzył. Te sprawy były wciąż pewną zagadką. Raz się udawały i wtedy było straaasznie przyjemnie! Ale nie zawsze. Nie mógł się połapać, od czego to zależy, ani przewidzieć, czy akurat będzie dobrze czy tak sobie, średnio.
Nie rozmawiali o tym. Dean chyba w ogóle nie zwracał na to uwagi, po prostu robił to co robił (jakkolwiek to nazwać) a potem zasypiał. Te sprawy wyglądały na niezwykle męczące dla alfy, który w trakcie naprawdę intensywnie się ruszał, pocił i dyszał, jakby biegł na przełaj przez las z wielką kłodą na ramionach.
Że też mu się chciało tak wysilać.
Cas podejrzewał, że Dean odczuwa tę nienazwaną przyjemność za każdym razem, nie tylko od czasu do czasu, i że to dzięki niej jest gotów się tak zmobilizować, żeby po całym dniu pracy w tartaku albo na ranczu jeszcze chcieć TO robić, pomimo zmęczenia. Musiał być jakiś powód, w każdym razie, że był taki zdeterminowany. Codziennie. Kilka razy dziennie.
Przynajmniej już tak nie bolało. Tylko na samym początku i tylko odrobinę, ale ten krem pomagał. Cas kilka dni temu przesylabizował nazwę: lubrykant. Męczył się nad tubką pół godziny, zanim się udało. Jeszcze mu nie szło to czytanie, ale się nie poddawał. Czytał etykiety na opakowaniach, napisy na metkach, nazwy firm na sprzętach, tytuły książek z biblioteczki w salonie.
Ellen pomagała. Charlie też. Jeśli tylko Cas dotarł do cukierni, co ostatnio zdarzało się coraz rzadziej. Wszyscy krzyczeli: szczeniaczek, szczeniaczek, nie możesz go tak męczyć, nie możesz go narażać, musisz wypoczywać!, więc najpierw co trzeci dzień robił sobie przerwę. Ostatnio co drugi. W tym tygodniu był w cukierni tylko raz i pewnie jutro też nie pojedzie.
Nie chciał się sprzeciwiać Ellen i Amy. Jeśli mówiły, że tak będzie najlepiej, to pewnie miały rację.
I pewnie będą robić to częściej. Z Deanem. Kiedy nie jechał do tartaku albo do miasta i akurat nie siedział w gabinecie, albo w garażu, albo nie jechał po coś do lasu z chłopakami, na polowanie czy na patrol (jak się tak zastanowić, to Dean spędzał poza domem strasznie dużo czasu), no więc gdy akurat nigdzie nie wyjeżdżał i nie był zajęty, to brał omegę za rękę i ciągnął do sypialni nawet w środku dnia.
Cas miał łaskotki i nie mógł powstrzymać chichotów. Dean tego nie znosił. Mówił, że Cas psuje nastrój. I że mógłby się trochę zaangażować a nie czekać, aż ktoś odwali całą robotę (i miał na myśli siebie, oczywiście).
Cas nie wiedział, o co mu chodzi. Przecież był tylko omegą, na Pierwszego Wilka. Co niby miał robić?
Przynajmniej już się tak nie bał, że od tego umrze. Że Dean go zagryzie, albo mu coś uszkodzi w środku, rozerwie czy coś, aż Cas się wykrwawi. Albo udławi. Poza tym nie mógł się tak ruszać jak Dean, bo zwykle leżał w takiej pozycji, że było to bardzo niewygodne. I brzuch przeszkadzał. I raz czy dwa próbował naśladować Deana, ale alfa kazał mu przestać się wygłupiać, pochylić się, mocno zaprzeć rękami i przestać wstrzymywać oddech. Nawet nie zauważył, że wstrzymuje.
- Musisz oddychać, do cholery. Chcesz zemdleć? - spytał alfa, samemu ciężko sapiąc i stękając.
- Ale... ja... - jęknął w odpowiedzi i jeszcze raz jęknął i nie wiedzieć kiedy zupełnie się zapomniał, zapomniał o Ellen i Bobbym, że mogą usłyszeć i o tym, że grzeczny omega powinien trzymać buzię na kłódkę i siedzieć cicho (żeby nie sprowokować lania - jedna z wielu lekcji, jakich nauczył się w dzieciństwie), zapomniał o tym i pod koniec tak go poniosło, że krzyknął: DEAN! DEAN!
Wstydził się później, przepraszał, ale alfa tylko machnął ręką i kazał mu spać.
- Czemu jesteś taki? - Ellen rzuciła ścierkę na blat, kiedy tylko Cas zniknął za progiem. - Traktujesz go strasznie protekcjonalnie. Nie jest dzieckiem.
- Nie? - Podniósł brwi, gdy oboje usłyszeli pisk i omega wbiegł do kuchni z naręczem prezentów. Pudło czekoladek, bloki do kolorowania, notesy w jaskrawo kolorowych okładkach w kwiaty i motyle. Oraz wielkie opakowanie kredek. - A mnie się wydaje, że jest - mruknął i zwrócił się do omegi. - Fajne?
- To dla mnie?
- Tak.
- Wszystko? Dla mnie wszystko? - Nie mógł uwierzyć i gdyby nie brzuch podskakiwałby z ekscytacji.
- Tak, wszystko.
- Dziękuję! Dziękuję! - wykrzyknął, a oczy skrzyły mu się zachwytem. - Ellen, patrz... Patrz, co Dean mi kupił... Patrz...
- Patrzę. Bardzo śliczne.
- Zabierz to do salonu. - Dean pozwolił się pocałować w policzek. - Wypróbuj. Porysuj sobie. Zjem i przyjdę, okay? No, idź.
- Okay! - Cas zgarnął stertę w ramiona i poturlał się do sąsiedniego pomieszczenia, by po chwili uklęknąć przy stoliku kawowym. Najpierw rozpakował nadziewane pralinki i łakomie wepchnął dwie naraz do ust. Słodycz topniała na języku, a on przekartkował najładniejszy z notesów, ciesząc się dotykiem mięsistych kartek.
- Kupiłeś mu kredki? - spytała Ellen ściszonym tonem.
- Największy zestaw, jaki mieli. Sześć tuzinów w pudełku. Dolara za kredkę! Wyobrażasz sobie takie zdzierstwo? Zbankrutuję przez niego. - Narzekał z fałszywym oburzeniem. - Dałem się namówić, bo sprzedawczyni powiedziała, że to ferrari wśród kredek. Dla artystów. - Skrzywił się i wzruszył ramionami, szperając w półmisku zimnych, pieczonych skrzydełek i udek. - Dorzuciłem też kolorowanki dla przedszkolaków. Do nauki pisania. Nie wiem, po co traci czas. Na co mu pisanie? - spytał, nie czekając na odpowiedź. - Zabazgrał mi ostatnio cały papier z drukarki. Nie miałem na czym wydrukować umowy.
- Bardzo się stara. - Ellen zabrała półmisek a w zamian postawiła przed nim talerz z podgrzaną pieczenią, sosem i frytkami. - Zjedz gorące a nie te resztki. W mieście nic nie jadłeś?
- Coś tam przekąsiłem na szybko. Nie miałem czasu. - Zerknął na zegarek. - Za to jutro nigdzie się nie wybieram. Będziesz mogła trochę odpocząć, ja go przypilnuję.
- Wcale mnie nie męczy. Poza tym chciał jechać do cukierni. - Uprzedziła lojalnie, siadając naprzeciwko i przyglądając się jak je. Gdyby nie wzrost, pewnie by machał nogami pod stołem. Uśmiechnęła się do siebie. Alfa alfą, mógł mieć watahę i za chwilę zostać ojcem, a dla niej nadal był tym głodnym dzieciakiem, zgrywającym twardszego niż był.
Pamiętała, gdy zobaczyła go pierwszy raz, aroganckiego nastolatka, toczącego wokół zaczepnym, ironicznym wzrokiem. Postawiła przed nim talerz zupy a on rzucił jedną z tych swoich cierpkich uwag, za co dostał w kark od Bobby'ego. Wtedy jej się nie spodobał. Dopiero gdy zobaczyła go z młodszym bratem zrozumiała, że pod tą warstwą tupetu i buty kryje się samotny chłopiec spragniony czułości.
Bardzo skutecznie się ukrywał, trzeba mu przyznać. Robił wszystko, żeby zasłużyć na opinię zimnego drania, dla którego liczą się tylko smoki, ryzyko, seks i ten cholerny samochód, jedyny dobytek, który odziedziczył po rodzicach.
- Znowu? - Nie ukrywał irytacji. - Myślałem, że już zamknęliśmy ten temat.
- To mu daje dużo satysfakcji. Jest bardzo dumny, że zarabia. - Wyjaśniła z westchnieniem.
- A co on tam zarabia?! - Podniósł głos, więc syknęła, żeby się uciszył. Obejrzał się na salon i niechętnie posłuchał, zniżając ton do szeptu. - Ukrócę mu te fanaberie. - Wbił widelec w pieczyste z takim impetem, aż krople sosu bryznęły dookoła. - Koniec tych szaleństw. Miałem nadzieję, że mu przemówisz do rozumu, ale skoro nie, to ja to załatwię. W końcu jestem alfą, czy nie?
- Tylko go nie stresuj. - Przykazała z powagą. - Nie krzycz.
- Akurat ja się z nim obchodzę jak z jajkiem. - Zazgrzytał zębami. - Normalnie dostałby lanie i byłoby po sprawie!
- Dean. - Dźgnęła go palcem. - Ani się waż!
- Przecież go nie zleję. - Obraził się, że mogła tak pomyśleć. - Tylko mówię.
- To wszystko jest bardzo trudne dla niego. Nowe. - Spojrzała w okno, odbijające ich nachylone nad blatem sylwetki. Zapadł już zmrok, padał śnieg, na szczęście dom leżał w zacisznym zagłębieniu, w dolinie, osłonięty od wichrów. Zimowa aura przyszła tego roku wcześniej, chociaż dopiero był październik. Ubiegłej jesieni o tej porze drzewa stały jeszcze w liściach, czerwonych i złotych, jakby je ktoś podpalił. A wrzosowisko pod lasem falowało jak purpurowo-fioletowe morze.
Gdyby było cieplej, Cas mógłby wychodzić na dłuższe spacery, pomyślała. Zdrowe dla szczeniaczka.
Oboje podnieśli głowy nagle zaalarmowani niepokojącą, kwaskowo-metaliczną falą zapachu.
- Cas! - Dean odsunął krzesło z hurgotem i pomaszerował do salonu, gdzie omega w panice pakował kredki do pudła i niezdarnie gramolił się z podłogi. - Cas. Co się stało? Źle się czujesz?
- Nie... Tak! - krzyknął, na granicy płaczu. - Nie.
- To tak, czy nie? - Kazał mu usiąść i kucnął obok. - Źle się czujesz? Brzuch? Boli cię coś? Ellen, zadzwoń do Amy!
- Nie! Nie dzwoń! Nie. - Dolna warga drżała i do oczu nagle napłynęły łzy. Coś się jednak stało i Dean niecierpliwie się rozejrzał, próbując odgadnąć co. Jeśli nie brzuch, to pewnie coś zepsuł i teraz się boi kary.
- Co zmalowałeś?
- Nic. Przepraszam, ja... Nie chciałem, to się samo złamało... - Rozryczał się gwałtownie, zakrywając twarz dłońmi. Dean stłumił uśmiech. Jasna sprawa, znał go już jak zły szeląg.
- Co się złamało? - Ellen pogłaskała go uspokajająco. - Stolik?
Dean sprawdził i pokręcił przecząco.
- To. Kredka. - Cas w końcu odważył się pokazać. - Ja nie wiem, czemu... Nie krzycz! - Dla odmiany chwycił brzuch, żałując, że Ellen jednak nie zadzwoniła po Amy. Może Amy powinna przyjechać?
Albo Jody!
Czułby się lepiej, gdyby któraś z nich przyjechała. Ale już za późno, teraz Ellen już nie zadzwoni. Nie ma powodu. Teraz Dean nakrzyczy i będzie kara i nikt go nie obroni.
Dean prychnął z niedowierzaniem.
- Kredka? Kredka? - Powtórzył kilka razy zanim się roześmiał. - Wystraszyłeś nas przez głupią kredkę?
Cas zerknął na Ellen, która pokręciła głową.
- Czekaj, zaraz ci naostrzę. - Wyciągnął scyzoryk. - Za mocno nacisnąłeś. Nic się nie stało. Głupku, nic się nie stało. Przestań beczeć. To tylko kredka. - Cmoknął go w skroń, nie przerywając strugania. - Możesz na przyszłość nie straszyć biednej Ellen? Nie chcemy żeby nam tu zemdlała następnym razem. - Zażartował, ale przerwał, bo Cas nie zrozumiał i znów zaczął się denerwować i pachnieć tym okropnym odorem starej, zardzewiałej klamki.
- Dean ma rację. Przestań płakać, to niedobre dla maluszka. Nastawię zmywarkę. Zaraz kolacja, słyszę dżipa. Chłopcy wracają. - Podała mu chusteczki i zawróciła do kuchni, zostawiając ich samych.
- Nie histeryzuj już. - Alfa odłożył na stolik kredkę z nowym, ostrym czubeczkiem. - Patrz, jak nowa. Uspokój się.
- Bo powiedziałeś, że zbankrutujesz! I chcesz mnie zlać! Tylko Ellen nie pozwala! - Rozszlochał się w odpowiedzi. - To po co kupujesz takie drogie prezenty?! Ja nie prosiłem!
- Podsłuchujesz? - warknął groźnie Dean, ale przy tym jednocześnie zagarnął go ramieniem. - Usłyszysz piąte przez dziesiąte i potem ryczysz o nic!
- Wcale nie. - Wysmarkał nos w chusteczkę.
- Pyskujesz?
- Nie.
- Podważasz moje zdanie?
- Nie...
- Nie?
Cas zamilkł, nie wiedząc, czy Dean żartuje, czy jest naprawdę rozzłoszczony. Ciężko było rozwikłać jego uczucia. Często jego twarz miała inną minę, niż wynikałoby z tego, co mówił albo jak pachniał i omega się gubił. Gapił się i węszył.
- Chodź na górę. - Pomógł mu wstać, podciągnąwszy za ręce i skierował na schody. - Coś ci pokażę.
- Co? - Cas minął kuchnię, rozświetloną i pachnącą smakowicie. Lubił to miejsce w domu i kochał Ellen jak przyjaciółkę. Jak własną mamę. Jak mamę, której nigdy nie miał. - Ale zaraz będzie kolacja. - Przypomniał na wypadek, gdyby alfie umknęło. - Pomogę nakrywać do stołu...
- Chłopcy wrócą, to nakryją. - Dean szedł tuż za nim, podszczypując go w pupę i klepiąc. - Nie widziałem cię cały dzień. Stęskniłem się.
Cas poczuł, że policzki robią mu się gorące i trochę przyspieszył.
- Co znowu? - Dean spojrzał w dół zamglonym, nieco pustym wzrokiem. - Nie przerywaj! - Westchnął na poły błagalnie, na poły niecierpliwie. Zacisnął palce na włosach omegi.
- Bo mnie uwiera... - Cas zatrzepotał rzęsami i stęknął, przenosząc ciężar ciała z jednego kolana na drugie.
- Przecież podłożyłem ci poduszkę! - Dean warknął, oparł się o ścianę i przymknął powieki, próbując wyobrazić sobie coś, co utrzyma gasnące podniecenie.
- Siku mi się chce.
Dean pozwolił odpłynąć wspomnieniu Casa w apetycznej pozie na czterech, z tyłkiem wysoko wypiętym i gotowym na rżnięcie. Otworzył oczy i spojrzał na niego.
- Idź. - Westchnął z rezygnacją.
- Pomożesz? Ścierpły mi łydki. - Wyciągnął dłonie, żeby alfa go dźwignął a potem pokulał do łazienki.
Dean przetarł twarz i usiadł na łóżku. To by było na tyle jeśli chodzi o naukę umiejętności niezbędnych do wspólnego (po)życia. Cholerny omega całymi godzinami mógł sterczeć nad stolnicą z ciastkami albo bazgrolić w zeszycie te swoje literki, ale żeby nauczyć się robić dobrze swojemu alfie, to nie! Nawet kwadransa nie usiedzi, bo zaraz a to skurcz, a to mu duszno, a to musi do łazienki. Same wymówki!
Najchętniej by go złapał za nadgarstki, przycisnął do ściany i zerżnął jak wtedy w lesie, bez pytania. Jakoś wtedy przeżył, to i teraz by przeżył. Ale nie! Bo szczeniaczek!
Zero stresu.
Dean aż się wzruszył nad własnym ciężkim losem. Jakoś nim się nikt nie przejmuje! I żeby w jego własnej sypialni nie miał nic do powiedzenia! Żeby się jakiś omega rządził. Wszystko stanęło na głowie. Czasem naprawdę miał już tego wszystkiego dość.
Sprawy były prostsze, kiedy nie musiał nikim się przejmować. Brał, co chciał, spał z kim chciał, jechał do baru, podrywał sobie kogoś na noc, albo najlepiej na jeden numerek, szybki przelot na tylnym siedzeniu Impali, albo w kiblu, albo na zapleczu, gdzie akurat było w miarę zacisznie, nie to żeby się przejmował czyimś podglądaniem. Niech sobie patrzą na mistrza w akcji, myślał chełpliwie.
Zawsze się ktoś trafił i nie było jęków, że skurcz łydek! Do cholery z tym omegą! Skurcz łydek, też coś. Na skurcz łydek nie ma nic lepszego niż lanie. Pasem. Wszelkie skurcze od razu przechodzą!
- Gniewasz się? - Poczuł wokół siebie ramiona. Materac nieco się ugiął, gdy Cas wspiął się na łóżko i przytulił do jego pleców. Na tyle, na ile brzuch pozwalał.
- Nie. - Obrócił się i też go objął. - Lepiej się czujesz?
Cas skinął i oblizał wargi wyczekująco. Dean dotknął nosem jego nosa i przez chwilę drażnił się z nim, wiedząc na co omega czeka. Chciał się całować, ale się wstydził sam zacząć. Poprosić.
Źrenice omegi rozszerzyły się maksymalnie, oczy pociemniały i zwilgotniały od pragnienia. Stęknął, gdy alfa sięgnął między jego uda i zacisnął dłoń mocno. Pociągnął. Omega poruszył biodrami, aby nadążyć za pieszczotą, aby się poddać.
- Chyba muszę ci pokazać, jak to się robi - mruknął. - Połóż się. Wygodnie ci?
- Tak - odpowiedział Cas i to było ostatnie sensowne słowo, które zdołał wyartykułować tamtego wieczoru.
Cas zszedł do kuchni, ostrożnie podtrzymując pękaty brzuch. Wczoraj byli na badaniu u doktor Jessie i widzieli szczeniaczka na monitorze. Jeszcze się nie otrząsnął po wrażeniach! Co prawda to było już jego trzecie badanie, nie licząc tego pierwszego, zrobionego przez Amy, ale nadal uważał za fascynujące i trudne do uwierzenia, że tam w środku siedzi prawdziwe dziecko. Prawdziwy szczeniaczek! Ziewa, śpi, zaciska kciuki, miewa czkawkę, kopie. Oj, kopie! Westchnął, bo początkowo ruchy maluszka były wzruszające i zabawne, ale ostatnio coraz bardziej męczące i czasem (odrobinkę) bolesne.
W ogóle ostatnio ciągle się czuł jakiś taki niewyspany i zmęczony. Pokładał się i ucinał sobie parominutowe drzemki o najróżniejszych porach, w najróżniejszych miejscach, ale starannie je ukrywał, żeby nie wyjść na leniucha i mazgaja. Trochę się wstydził tej słabości, bo przypominała, że jest omegą. Najmniejszy, najwolniejszy, bez takiej siły i kondycji jak reszta wilków w watasze.
Zamartwiał się, że Dean go zabrał z powrotem tylko ze względu na malucha i chciał udowodnić, że wcale nie jest taki beznadziejny i bezradny we wszystkich życiowych sprawach, że tylko wymaga ciągłej opieki.
Chciał pokazać, że też może się przydać! Odkąd wrócił na ranczo starał się pomagać Ellen w domowych obowiązkach. Chciał czuć się wartościowy. Nie jak jakiś darmozjad i śpioch, ciężar dla rodziny. Nie chciał, żeby gadali za jego plecami. Żeby narzekali i żałowali, że z nimi mieszka. Żeby zaczęli się rozglądać, jak się go pozbyć, jak jego rodzina...
Tamta rodzina.
Pierwsza.
Długo myślał, że jedyna prawdziwa, ale może wcale nie była taka jedyna i taka... dobra. Prawdę mówiąc, już kilka miesięcy temu uznał, że nie ma za czym tęsknić. Wolał watahę Winchestera i strasznie mu zależało, żeby oni też go chcieli. Żeby chcieli go zatrzymać.
Bardzo się starał, ale noszenie szczeniaczka nie było takie łatwe jak jeszcze dwa, trzy miesiące temu.
- Co tak rano? - Ellen zerknęła przez ramię, stojąc przy kuchni. - Dziś sobota. Mogłeś jeszcze pospać. Chyba nie wybierasz się do cukierni? - Zmarszczyła brwi groźnie.
- Dziś nie. – Zapewnił, bo o te wyjazdy co i rusz wybuchały awantury. Ale gdyby nie cukiernia, nie miałby okazji pokazać Deanowi ile jest wart. Wczoraj za bardzo się przejęli wizytą i kompletnie zapomniał o kopercie od Charliego. Teraz był dobry moment. Już nie mógł się doczekać. Dean akurat jadł gorące kiełbaski (pożerał byłoby właściwszym słowem) i poza Ellen byli sami w kuchni, więc nabrał śmiałości i z dumą położył przed nim czek.
- Co to? - spytał, odkładając widelec.
- Na utrzymanie. Moje i szczeniaczka - oznajmił.
W cukierni zaczął zarabiać o wiele więcej niż u Meg i zarówno Jody jak i Amy przyznały, że byłby już w stanie się samodzielnie utrzymać. Opłacić jakiś pokój, rachunki, kupować jedzenie i jeszcze trochę by zostało na drobne wydatki. Nie za dużo, ale przy bardzo oszczędnym gospodarowaniu nie musiałby się martwić głodem i bezdomnością. Stawał na nogi!
Dean wziął kartkę, przeczytał i oddał z gniewną miną.
- Jedz! - warknął, biorąc ze stosu czysty talerz. Cas usiadł posłusznie. – Bliżej! Tutaj usiądź.
Cas się przesiadł na sąsiednie krzesło. Jeszcze się nie przyzwyczaił, że Dean oczekuje, żeby zawsze siadał tuż obok niego. Koło alfy zasiada starszyzna i najważniejsi, wszyscy to wiedzą. W starej watasze Cas czasem w ogóle nie siadał do stołu, tylko jadł gdzieś z boku, na stołku przy drzwiach, albo na schodach. Żeby nie przeszkadzać.
- Kiełbaskę? Bekon? Jajecznicę? – Dean zasypał go propozycjami.
- Naleśnika... - Odpowiedział z rozmarzeniem i bezwiednie poklepał brzuch. Szczeniaczek wypiął się z jednej strony i kopnął z drugiej. - Ale Ellen, nie rób specjalnie dla mnie. Mogę też jajecznicę, jak wszyscy.
– Żaden kłopot. - Uspokoiła, stawiając kolejną patelnię na palnik. - Akurat miałam zacząć smażyć. Przygotowałam ciasto zanim zszedłeś. A jak maluszek?
- Skacze. – Cała sprawa z dzieckiem wciąż nieco przytłaczała i krępowała. Ciągle się spodziewał, że ktoś zauważy z pretensją: przecież jesteś chłopcem! Chłopcy nie noszą dzieci! I może zarzuci mu kłamstwo? Albo odwróci się ze wstrętem. Jak Dean, kiedy się dowiedział pół roku temu. Był wściekły!
Cas na wspomnienie mimowolnie zapachniał zdenerwowaniem, aż Ellen się obejrzała. Dean też to wyczuł, przerwał jedzenie, położył dłoń na wypukłości i pogłaskał, szeroko się uśmiechając. Cokolwiek wtedy go tak obrzydziło i wystraszyło, minęło. Teraz nie szczędził pieszczot im obu, omedze i szczeniaczkowi. To była jedna z wielu rzeczy, do których Cas musiał się przyzwyczaić. Co akurat było bardzo przyjemne. Zaskakujące i przyjemne.
- Mój łobuziak. – Dean poczuł wyjątkowo mocne kopnięcie, kiedy szczeniaczek najwyraźniej odbił się piętkami i wywinął koziołka. Cas stęknął i wypiął się, żeby ulżyć kręgosłupowi. Dean wyczarował skądś poduszeczkę i wetknął mu pod plecy. – Dajesz tatusiowi popalić, co?
- Twój naleśnik. Zaraz dorobię więcej. – Ellen postawiła talerz. – Z czym chcesz? Z miodem? Z syropem klonowym? Z twarożkiem? Albo z owocami? - Zastanowiła się, wyliczając. - Mamy borówki i kiwi. I banany, są bardzo zdrowe. Mogę otworzyć puszkę brzoskwiń albo ananasa? Co? Ostatnio smakowały ci ananasy. Albo może konfitura ze śliwek? - Zachęcała.
- Muszę siku… - Cas odsunął się od stołu i podreptał pośpiesznie do łazienki, ale już z holu krzyknął: – Z miodem! I z gruszką, jeśli są!
- Ale wierzga! Widziałaś? – Dean ekscytował się jak mały chłopiec. – Mój synek! Strasznie ruchliwy. Dziś w nocy to zupełnie nam nie dał… Khm, tego... - Zająknął się, zaczerwienił i zaczął nagle paplać coś o awarii pompy i dziwnych hałasach dobiegających z silnika. I zaczął się witać z Bobbym, który właśnie wszedł, jeszcze w szlafroku, ziewając i drapiąc się po nieogolonym policzku.
- Wiem, co dziś w nocy. – Ellen dołożyła mu na talerz jeszcze dwie kiełbaski i zamachała widelcem jak szpadą. – Właśnie miałam z tobą pogadać! Cas potrzebuje spokoju! Nie widzisz, że coraz częściej chodzi niewyspany?
- To niech śpi. Kto mu broni? – Dean wzruszył ramionami nonszalancko, ale zawiercił się przy tym niespokojnie.
Ellen podniosła brew.
- Mnie pytasz? No, jesteś jego alfą, czy nie? – Zganiła ostro. Odkąd Cas się dobrze zaokrąglił i szczeniaczek stał się aż nadto widoczny, wtrącała się i dyrygowała nie tylko omegą, ale i alfą, za nic mając hierarchię. O prywatności nie wspominając.
- No, ja się przez was nie wysypiam! - Wtrącił Bobby, nalewając sobie gorącej kawy. Ellen napełniła mu talerz stertą jajek i bekonu. - Od tych waszych zabaw w doktora tynk się nam sypie z sufitu, co nie, mała?
- Nie pleć! Jedz. - Zagderała, zaganiając go do stołu. - A ty masz uważać! To jest taki przypadek, że lepiej chuchać na zimne, żeby się jakieś nieszczęście… Tfu, tfu! – Nie dokończyła, żeby nie zapeszyć, a Dean aż podskoczył.
Odepchnął talerz, bo nagle stracił apetyt. Nie był przesądny, śmiał się z zabobonów, ale jeśli chodziło o szczeniaczka, to wolał nie ryzykować.
– Przecież mu mówię, żeby zostawał w domu! Nie jeździł do cukierni! Niech sobie leży, odpoczywa! – Podniósł głos gniewnie. – Tyle razy mu mówiłem! Rzuć tę głupią robotę! Ale nie! Bo jest dumny! Na co omedze duma, pytam się?!
- Chce być samodzielny. - Wtrąciła Ellen bez przekonania.
- Daleko by zaszedł z tą samodzielnością. - Prychnął Dean, zły jak osa. - I co on tam zarabia, jakieś marne ochłapy! A ty go zawsze bronisz! Nie krzycz, Dean! Daj mu spokój, Dean! A potem moja wina, bo się nie wysypia! – Wkurzał się coraz szybciej i gwałtowniej. - Patrz, która jest godzina! Po co tak rano się zrywał? I do kogo pretensje? Oczywiście, że do mnie! Bo jak coś, to jesteś alfą!
- Jakie pretensje? – Cas wtoczył się do kuchni, przepuszczony w drzwiach przez Walta. Widok zagniewanego, krzyczącego alfy sprawił, że znów zapachniał stresem, co jeszcze dolało oliwy do ognia. Dean wziął się pod boki, szykując się do kolejnej, ostrej reprymendy.
- Siadaj, siadaj. – Ellen jednym spojrzeniem go uciszyła i postawiła słoik miodu obok talerza naleśników. – Obaj siadajcie. No, już. Cas! Teraz zjesz, a potem się położysz na kanapie i odpoczniesz. Dean ma rację. Nie trzeba się było tak zrywać, mogłeś spokojnie pospać do dziewiątej.
- Albo dłużej - warknął Dean, robiąc mu miejsce obok siebie.
- Przyzwyczaiłem się rano wstawać, do cukierni. – Zerknął na rozwścieczonego alfę i zmienił temat, bo gadanie o pracy i dojazdach zwykle pogarszało mu humor. – Po śniadaniu pomogę ci ze zmywaniem. – Zwrócił się do Ellen pojednawczo. - I potem pośpię.
- Żadne zmywanie! Głuchy jesteś?! – wrzasnął Dean, Cas pisnął i skulił się na krześle, Ellen huknęła, żeby alfa poszedł sprawdzić, czy go nie ma w warsztacie, Rufus zderzył się w progu z Ashem i z Harrym i zrobiło się zamieszanie i harmider.
Bobby kazał się wszystkim zamknąć i jeść cholerne śniadanie, Dean pokrzykiwał, że ma już dość tych babskich porządków i że ktoś tu dawno nie dostał lania na goły tyłek, ale to się da załatwić, Walt i Harry zaczęli na wyścigi wychwalać Ellenowe przysmaki, starając się na swój sposób załagodzić nerwową atmosferę i przekierować uwagę wszystkich na inne tory.
- Jedz. Nie stresuj maluszka. – Ellen usiadła obok Casa i pogłaskała brzuch z czułością. Nachyliła mu się do ucha i wyszeptała: – Nie słuchaj go, nikt nie dostanie żadnego lania. Mówiliśmy właśnie, że powinieneś więcej spać. Nie zrywać się o świcie.
- Ale…
- Szczeniaczek potrzebuje spokoju. – Ucięła i Cas umilkł. Ostatnio to magiczne zaklęcie kończyło wszelkie dyskusje i rozstrzygało wątpliwości, ktokolwiek by je zgłaszał. Nawet Dean kładł uszy po sobie. - Och! Patelnia! - Zerwała się z krzykiem i popędziła do kuchenki, przykręcić gaz, bo naleśnik pozostawiony bez dozoru już zaczął się przypalać.
Po śniadaniu Cas poszedł na górę wziąć prysznic i przebrać się z zestawu do spania (stara koszulka Deana i spodnie dresowe) w zestaw dzienny do łażenia po domu (stara koszulka Deana, spodnie dresowe i obszerny sweter, który kupiła mu Jody).
Dwukrotnie zrobił siusiu. Parcie na pęcherz było okropną niewygodą. W drodze do cukierni zwykle prosił Deana o postoje i wkrótce wypracowali kilka stałych przystanków: u Benny'ego, na stacji benzynowej, czasem awaryjnie w lesie. Może gdyby nie robił tyle zamieszania, Dean by się tak nie złościł o te dojazdy, ale na siusiu nie było mocnych.
Amy mówiła, że to całkiem normalne, bo macica z dzieckiem naciska na pęcherz. Oglądał sobie u niej w gabinecie kolorowe rysunki brzucha w środku i bawił się plastikowym manekinem z wyjmowanymi organami. Amy objaśniała, co się jak nazywa i jak działa i uspokoiła, że to zupełnie normalne, że ciągle jest zmęczony, bo przecież nosi dodatkowy spory ciężar, serce pompuje więcej krwi, cały organizm karmi i dba o rosnącego szczeniaczka.
- Pracujesz za dwoje - powiedziała. - Wszystko, co robisz, robisz dla siebie i dla dziecka. Twoje serce, nerki, płuca, wątroba, całe ciało ma teraz więcej obowiązków. To tak jakbyś w cukierni każdego dnia robił to, co dotychczas plus jeszcze cudzy etat. Na przykład...
- Sprzedawał? - Podpowiedział. - Jak dziewczyny za ladą?
Skinęła z uśmiechem.
- Nie dałbym rady. Nie da się pogodzić pilnowania kuchni i obsługiwania klientów.
- Więc widzisz, że musisz być dla siebie wyrozumiały. - Zakończyła, zostawiając mu to do przemyślenia.
I trochę o tym myślał, faktycznie.
Mijał miesiąc odkąd się sprowadził znów na ranczo i pewne kwestie wymagały ponownego przedyskutowania. Przez pierwsze dni Dean na wszystko się zgadzał, wszystko mu się podobało i w ogóle był niezwykle ugodowy. Przed cukiernią Charliego powtarzał, że dwuosobowa wataha Casa (i szczeniaczka) jest bardzo dobra i że chce dołączyć. Że będzie grzeczny, będzie się słuchał i chce się od Casa nauczyć jak być dobrym alfą. I że na pewno nie będzie się rządził i rozkazywał.
Długo nie wytrwał w tym postanowieniu.
Cas stanął przed lustrem wiszącym na drzwiach łazienki. Przez chwilę patrzył na siebie z przodu. Stanął bokiem, oceniając wypukłość brzucha. Był ogromny! GIGANTYCZNY. Cas pomyślał, że ostatnio stał się okropnie niezdarny. Nie chodziło tylko o to, że ledwo mógł sięgnąć do... No cóż, w sytuacjach toaletowych było to STRASZNIE krępujące. Na domiar złego wszystko mu leciało z rąk, potykał się, do tego miewał skurcze nóg, gazy i zgagę, opuchnięte stopy, chciało mu się płakać nawet w najweselszych momentach i sam ze sobą czasem nie mógł wytrzymać.
Jak teraz.
Pochlipał sobie parę minut właściwie bez żadnego powodu, po prostu gapiąc się na swoje odbicie.
Może odrobinkę dlatego, że wyglądał brzydko. Włosy nie dawały się uczesać, nosił te paskudne ubrania, które wyglądały jak worki, dopóki ich nie włożył, bo na nim opinały się i naciągały, taki był GRUBY! I rozlazły... Wszyscy dookoła byli zgrabni, śliczni i wysportowani, biegali po lesie, chodzili na polowania... A on co? Kolebał się między sypialnią a kuchnią. Nie to co Dean. Jego szerokie ramiona, wąskie biodra, umięśniony brzuch i jędrny tyłek przyciągały wzrok i dawały wyobrażenie jaki jest silny i żwawy! Poruszał się z werwą i wdziękiem! Gdy wracali z zakupów podrzucał najcięższe pakunki bez żadnego trudu. Phehiljah miał rację. Był wspaniały.
I taki...
Cas westchnął tęsknie.
Męski.
Bardzo dobrze pamiętał, jak ciężką rękę miał alfa, jak bolały jego klapsy i jaki ostry potrafił być, ale jednocześnie aż się kolana pod nim uginały, gdy Dean tak stawał z rękami na biodrach i patrzył a chłopaki robili wszystko bez szemrania, cokolwiek im kazał. Najczęściej w ogóle nie musiał nic mówić.
A w mieście, tym wielkim, gdzie Charlie miał cukiernię (Cas przypomniał sobie, że teraz ta cukiernia należała w połowie do watahy), wszyscy się za nim oglądali. Dostawał darmową kawę i nieraz numer telefonu na odwrocie paragonu. Nie to, żeby Cas był zazdrosny. Nie. Znał swoje miejsce. Nie miał alfy na wyłączność. Omegi nigdy nie miały alfy.
Alfę mógł mieć tylko inny alfa.
Nie ma co udawać. Dean mógł przebierać w partnerach. Na co mu taki GRUBY, NIEZDARNY, GŁUPI omega? No? Na co?
Cas się znowu rozpłakał, po raz ósmy czy dziesiąty tego dnia, a jeszcze nie nadeszło południe. Nienawidził weekendów. W dni powszednie jeździł do pracy, był zajęty, Charlie uczył go nowych rzeczy, robił to co lubił i w czym osiągał zadowalające rezultaty. Nie miał czasu na rozmyślania jak bardzo nie pasuje do Deana.
Nie miał czasu się nad sobą użalać.
Stanął w progu gabinetu z niezdecydowaną miną i przestąpił z nogi na nogę. Dean był o wiele lepszy dla niego, milszy i bardziej skłonny do ustępstw, ale nadal onieśmielał. Omega obawiał się niechcący przekroczyć granicę i sprowokować go do agresji. To powtarzające się gadanie o laniu na goły tyłek na razie nie przełożyło się na czyny, zresztą Ellen by pewnie nie pozwoliła, ale Dean i bez tego zachowywał się szorstko.
Nie potrafił rozgryźć, co o nim uważa, co czuje. Na pewno zależało mu na szczeniaczku, to bez dwóch zdań. Jednak rodziło to niewygodne pytanie, czy Cas był dla niego tylko na tyle ważny, bo go nosił? Może jak już maluszek się urodzi to Dean przestanie się przejmować omegą? Może niezupełnie przejmować, ale już nie tak jak teraz.
Cas nie był zazdrosny o szczeniaczka, nie. Ale byłoby miło, gdyby Dean nie traktował go specjalnie tylko ze względu na maluszka. A coraz częściej Cas odnosił wrażenie, że maluszek kradnie zajmuje całą uwagę alfy (i nie tylko jego). Jakby omega był tylko opakowaniem, o które owszem, trzeba dbać i w ogóle... ale... przestanie być potrzebne zaraz jak tylko...
- No? Co tam? - Alfa go dostrzegł, odłożył dokumenty na biurko i zachęcająco przywołał gestem. - Chodź, grubasku.
Cas się żachnął i zawstydził, starając się gwałtownie wciągnąć brzuch i wydać szczuplejszym. Jakby to coś mogło pomóc.
- Rany, ale rośniesz. Z dnia na dzień większy! - Dean przyciągnął go niecierpliwie, obrócił plecami do siebie i pomacał pod koszulką, mrucząc z ukontentowaniem. - Uhm, ledwo się już mieścisz w ubrania! A tu jeszcze dwa miesiące przed nami, zanim się wreszcie rozsypiesz. Trzeba ci kupić jakieś ciuchy, co? Musimy się znów wybrać do sklepu.
Cas się zastanowił, co na to odpowiedzieć.
- Właśnie w tej sprawie... Bo Dean, ja przecież mam pieniądze na utrzymanie. - Ponownie wyciągnął czek z kieszeni. - Na jedzenie. I na ubranie też starczy. Sam kupię. Poproszę Ellen, albo zabiorę się z Amy, jak mnie odwiedzi w przyszłym tygodniu. Pojadę z nią do miasta i wszystko sobie kupię. - Obiecał. - Nie martw się. - Uspokoił, słysząc jak gwałtownie alfa zaczyna nabierać powietrze i jak pachnie, coraz ostrzej i groźniej, jak przed awanturą.
- Do jasnej cholery! - ryknął, aż ściany zadrżały. Odszedł pod okno a Cas zamarł, ściskając brzuch ochronnym gestem.
- Co tu?!... - Ellen wbiegła do gabinetu i natychmiast wepchnęła się między nich. - Dean? - Zawiesiła głos oczekując wyjaśnień.
Szczeniaczek kopnął, Cas stęknął i skrzywił się i nagle oboje chwycili go pod ramiona i delikatnie usadzili na kanapie.
- Nogi! - Ellen tylko wspomniała a alfa bez zwłoki podsunął stolik kawowy, rzucił poduszkę na blat i ułożył na niej stopy Casa. - Koc.
- Się robi. - Pięć sekund później Cas półleżał w kokonie z koca i poduch, gapiąc się na alfę nierozumiejącym wzrokiem. Przed chwilą wypominał mu, że za dużo je i tyje i trzeba znów jechać na zakupy, mimo, że dopiero co byli po ogromną wyprawkę, która kosztowała furę pieniędzy - i Dean też się wtedy wściekał, aż się pokłócili w sklepie i zagroził mu klapsami. Jak zwykle.
Pięć minut temu ryknął jak niedźwiedź przed atakiem a teraz otula go kocem i obkłada poduszkami pościąganymi ze wszystkich foteli.
I to ja mam humory?, pomyślał Cas z przekąsem.
- Bo ja nie chcę być darmozjadem. - Cicho zwrócił się do Ellen. - Jem, bo szczeniaczek rośnie, ale mogę mniej... I nie trzeba nic kupować, Dean, przecież mam twoje stare t-shirty... Na dwa miesiące wystarczą, przecież nie utyję aż tak bardzo!
Ellen powolutku wykręciła się w stronę alfy.
- Nie wiem, co on plecie. - Podniósł dłonie obronnie. Cas w tym czasie wyswobodził dłonie spod zwałów koca i podał jej wymiętoszony już i wygnieciony czek z wypłatą.
- Utyłem przez szczeniaczka, nie obżeram się! - Zapewnił. - I mam pieniądze! Zarabiam! Chciałem dać Deanowi, ale krzyczy. - Odważył się poskarżyć.
Ellen wbiła wzrok w alfę i było w tym wzroku coś takiego, że Dean się wyraźnie skulił, zmalał.
- Bardzo dobrze, że dużo jesz, kochanie - powiedziała łagodnie. - Chcemy, żebyś dużo jadł. O wiele więcej niż teraz! Nie martw się pieniędzmi. W ogóle się nimi nie zajmuj. Okay, powiedz, co byś chciał na obiad? Hm? Ugotuję ci wszystko, na co masz apetyt. No? - Usiadła obok, objęła go matczynym gestem i pocałowała w skroń. - Nie wiem co on ci nagadał, ale nikt nie uważa, że się obżerasz! Właśnie wczoraj rozmawiałam z Amy, że wciąż za mało ważysz! To nie jest dobre ani dla ciebie, ani dla maluszka.
- Oczywiście, że za mało! - Wtrącił alfa rezolutnie. - Wyglądasz jak piłka na dwóch patyczkach! Nie ma za co złapać, sama skóra i kości!...
Ellen kazała mu wyjść.
- To dureń. - Machnęła lekceważąco, kiedy tylko drzwi się za nim zamknęły. - Nie zwracaj na niego uwagi.
- Nie wiem, czemu jest zły? - Cas przygryzł wargę, intensywnie rozmyślając. - Sama słyszałaś! Powiedział, że jestem grubasem! - Zaczął chlipać. - I mam nogi jak patyki! Uważa, że jestem wstrętny!
- Wcale nie to miał na myśli. - Sprostowała, ale omega nie słuchał.
- Właśnie tak! Że jestem wstrętny! Nie ma za co złapać! Brzydzi się mnie dotykać, sama słyszałaś! - Rozdarł się i uderzył pięściami w fałdy koca. - I najpierw narzeka, że znów trzeba coś kupować, a potem wrzeszczy, że chcę sam zapłacić! A w sklepie co było? Ja chciałem zapłacić połowę! Mam pieniądze! Zarobiłem, mogę je wydać na szczeniaczka, są moje i mogę je wydać!
- Oczywiście, kochanie, są twoje, ale nie musisz ich wydawać, bo przecież... - Próbowała mu wytłumaczyć, ale nie słuchał.
- Nie wiem, czemu się ciągle złości... Ellen, miało być inaczej. - Chlipnął, wytarł nos rękawem i spojrzał na nią. - Jak mnie zabierał od Charliego. Miało być inaczej... Mówił, że moja wataha jest dobra i chce się nauczyć ode mnie... jak być dobrym alfą!... - Znów się rozryczał. - Myślałem, że mnie chce. A on chce tylko szczeniaczka i się rządzi i krzyczy! I chce tylko szczeniaczka, a ja go kocham a on mnie nie kocha, bo chce tylko szczeniaczka!...
Ellen podała mu chusteczki i cierpliwie poczekała, aż wysmarka nos i otrze policzki. Utuliła go ze współczuciem.
Biedny chłopiec. Ta huśtawka nastrojów strasznie go męczyła. Ellen doskonale pamiętała, jak sama wpadała w skrajne emocje nosząc Jo: od euforii po gorzką rozpacz. W przypadku Casa wszystko było pewnie o wiele trudniejsze niż normalnie. On sam był przecież... wyjątkowy.
- Może jednak wrócę do Jody... - Zastanowił się na głos, wyrywając ją z zamyślenia.
- Mowy nie ma! - fuknęła. - Oszalałeś? Dopiero co się wprowadziłeś i już się chcesz wyprowadzać?
- Przecież możesz mnie odwiedzać... Jak wcześniej. - Przygryzł wargę, gapiąc się tymi swoimi wielkimi, wściekle niebieskimi oczami.
- Słuchaj, to dla wszystkich całkiem nowa sytuacja. Dla ciebie, dla nas, dla Deana również. Ale na pewno nie chce robić ci przykrości. Jest niezręczny, nie umie być miły, ale uwierz mi na słowo, bo dobrze go znam: bardzo się stara. Nigdy nie widziałam, żeby się tak starał jak teraz.
Cas podniósł brwi w wyrazie zwątpienia.
- Natrę mu uszu! Okay? A ty się już nie denerwuj, bo to naprawdę szkodzi maluchowi.
- Nie chcę być grubasem! Ale szczeniaczek potrzebuje jedzenia, bo rośnie!
- Oczywiście, że potrzebuje! Nikt nie twierdzi inaczej.
- Dean nie musi mnie karmić! Potrafię zarobić na siebie! - burknął wojowniczo i dostał czkawki. Ellen podała mu szklankę wody z karafki na biurku.
- Okay. Daj mi ten czek. Kevin go zrealizuje i przeleje ci pieniądze na konto, żebyś mógł płacić kartą. - Wsunęła drogocenny papierek do kieszeni. - Może tak być?
- Będę mógł płacić? - Zainteresował się Cas, a jego humor nieco się polepszył.
- No jasne. Możesz używać tej karty, którą dostałeś w zeszłym tygodniu. - Przypomniała. - Tej ze swoim nazwiskiem. Mam prośbę, kochanie. Możesz coś dla mnie zrobić?
- Ellen! - Oburzył się, że w ogóle pyta. Zrobiłby dla niej wszystko. Czknął z emocji. Dwa razy.
- Na razie nie poruszaj tego przy Deanie. Płacenia. Jest dość wrażliwy w tych kwestiach, wiesz?
- Kompletnie go nie rozumiem! Hep! - Znów czknął. - Uriel zawsze mówił: kto nie pracuje ten nie je! Hep! I ja pracuję! Hep! To czemu Dean jest... hep... zły? I najpierw mi każecie jeść, hep! A potem wylicza, że dużo jem! Hep!... W nocy mi mówił, że ślicznie wyglądam i jestem hep! Taki... Hep!... Okrąglutki! To było miłe!
Ellen westchnęła.
- Co? - Nasrożył się czujnie. - Kłamał? Hep! To przez te rzeczy? Hep! Jak robimy te rzeczy, hep!, to jestem okrąglutki i śliczny, hep!, a rano to grubasku!?
- Przestań, nie denerwuj szczeniaczka. Nie denerwuj go, nie płacz. - Zaczęła go pocieszać i kołysać. - Nie nazwał cię grubaskiem, żeby ci sprawić przykrość. Chciał być zabawny.
- To nie było zabawne...
- Nauczy się. - Obiecała Ellen z przekonaniem. - Albo ty go naucz.
- Ja? - Omega wybałuszył oczy.
- No. Naucz go, jak ma do ciebie mówić, żeby ci było przyjemnie.
- Ale... - Cas z trudem przyswajał rewolucyjną ideę, że to on ma uczyć alfę. Ma mówić alfie, jak alfa ma go traktować. - On posłucha? - spytał z niedowierzaniem i podniósł brew. Z wrażenia zapomniał o czkawce.
- Zobaczysz. No, a teraz odpocznij. Połóż się. Skoro nie jedziesz do cukierni, to możesz jeszcze się powylegiwać, prawda? - Mrugnęła wesoło. - Co byś zjadł na lunch? Może koktajl z owoców i biszkopty? - Zaproponowała. - Albo kawałek sernika? Zostawiłam dla ciebie z wczoraj - szepnęła konspiracyjnie. - Nawet Bobby nie wie, bo by zaraz zjadł. No, chyba dziś jeszcze jeden upiekę, skoro tak wszystkim smakuje. - Klasnęła w dłonie, najwyraźniej zadowolona z siebie.
- Mogę sernik. I koktajl. - Dodał, ziewając. Przepełzł wzdłuż kanapy, żeby się wygodniej ułożyć i nie trzymać stóp na stoliku. Brzuch już miesiąc temu zaczął zawadzać i Dean miał trochę racji, zauważając, że rośnie. Cas sam wiedział, nie musiał nawet przeglądać się w lustrze, że wygląda jak nadmuchiwany balon, w dodatku taki, od którego ciągle ktoś pompuje powietrze. Aż w końcu nie wytrzyma i pęknie. Sapnął, naciągając koc. Cały ten wybuch strasznie go zmęczył. Ziewnął.
I usiadł gwałtownie, zawracając Ellen spod drzwi.
- A ja mogę tu?
- Możesz. - Poklepała go po głowie. - Dean sobie później popracuje, śpij.
Zamknęła gabinet i odciągnęła alfę drepczącego niespokojnie wzdłuż holu.
- Zwariowałeś? - syknęła. - Musisz mu wypominać, że przytył? Ma tyć i ma się z tym czuć dobrze! Słyszałeś, co Amy mówiła! I ta lekarka!
- Ale co ja powiedziałem? - Dean spytał pokornie. – Przecież nic nie mówiłem!
- Najwyraźniej coś palnąłeś! – Pociągnęła go do kuchni. – Nie może się denerwować! Chcesz zaszkodzić szczeniaczkowi? Jakbyśmy mało mieli nerwów? - Zaczęła gderać, stukając garnkami. – Zupełnie nie wiem, czy to się w ogóle uda… - Przystanęła i chwyciła się za usta, przestraszona własną szczerością.
Zmierzyli się wzrokiem.
- Bo… to jednak chłopak, wiesz… - Wytłumaczyła, czerwieniąc się i blednąc na przemian.
- Uda się – powiedział z niezłomnym przekonaniem. – Uda. Nie ma mowy, żeby coś poszło źle.
- Oczywiście. Nie ma mowy. – Powtórzyła niepewnie i nagle jej oczy zwilgotniały.
- Chodź tu. No, co się mażesz? – Przyciągnął ją. – Jak Bobby nas tu nakryje, że się tak obściskujemy…
- To ci nogi z tyłka powyrywa, synu. – Ozwał się stary alfa z progu a Ellen zachichotała, pociągając nosem gwałtownie.
- A bo… Szczeniaczek… - mruknęła i pacnęła Deana kuchenną ściereczką w ramię. - Kto by pomyślał? Nawet się jeszcze nie urodził a już wprowadza tyle zamieszania!
- Tak. Właśnie. Jakoś mnie to nie dziwi. Ma to po tatusiu. – Wycofał się i na palcach zbliżył do gabinetu. Uchylił drzwi i wetknął nos przez szparę, poniuchał. Posłuchał. Wślizgnął się ostrożnie. Kucnął przy kanapie. – Nie śpisz?
- Śpię. – Cas odemknął jedno oko, żeby sprawdzić w jakim alfa jest nastroju.
- To śpij. – Dean położył dłoń na wypukłości i odrobinkę nacisnął, żeby dać znać szczeniaczkowi, że tu jest. Maluszek się przekręcił i najpierw uciekł, a za chwilkę podetknął główkę (albo pupkę) do pogłaskania. Alfie rozmaślił się wzrok i zaczął bardzo delikatnie poklepywać brzuch. Cas się trochę przekręcił, żeby było im obu wygodniej i nagle Dean się nachylił, odsłonił koc i t-shirt i ucałował go nad pępkiem.
Wyszczerzył się od ucha do ucha, obserwując falowanie brzucha i nagłe kopnięcia. Bach, bach, bach!
- Mój. Mój!
Zabrzmiało to tak zdecydowanie i jednocześnie z tak obcą dla alfy czułością, że Cas zapatrzył się, nawet nie mrugając, nie drgnąwszy, nie wiedząc jak zareagować, co odpowiedzieć.
- Powiedz tatusiowi, że musi więcej jeść. I że jest bardzo ładny – szepnął alfa z przebiegłą miną, przyciskając nos do brzucha. – Strasznie mi się podoba, ten twój tatuś.
Cas zacisnął palce na kocu.
- Bądź grzeczny, nie kop go. Pośpij sobie. Daj tatusiowi pospać. Musicie obaj dużo odpoczywać i rosnąć. Obaj! – warknął, podnosząc groźne spojrzenie na omegę. – Zrozumiano?
Uśmiechnął się i skinął.
- Zrozumiano.
- To leż sobie. Nie będzie ci przeszkadzać, jak sobie tu będę odpowiadać na maile? – Nasunął t-shirt na brzuch i nakrył go pod brodę. Wskazał biurko. – Wyciszę telefon, żeby nie dzwonił.
- Mogę iść do sypialni!
- Leż. Niech mam was na oku. OBU! – Podniósł palec.
- Właściwie to nie wiemy, czy to będzie chłopczyk. – Cas już kilka razy chciał podnieść tę kwestię, ale dotąd trochę brakło mu odwagi. – Może to będzie dziewczynka?
Była jeszcze inna sprawa, która też zaczęła mu spędzać sen z powiek: może to nie będzie w ogóle alfa? Ani beta…
- Nie wygląda mi to na dziewczynkę. – Dean grzebał w papierach i zerkał na ekran komputera, najwyraźniej czegoś szukając. – Chociaż nie mam nic przeciwko… Ty wolisz dziewczynkę?
- Nie. – Postukał palcem w zęby, z przyzwyczajenia. – To znaczy… Wszystko jedno. Chciałbym, żeby było zdrowe.
I żeby było alfą!, pomyślał skrycie. Żeby było alfą, bo jeśli będzie omegą...
- Sam?! SAMMY! – Dean uchylił drzwi i wrzasnął w głąb domu. – SAMMY!
Cas usiadł.
- Leż. Przepraszam, nie mogę znaleźć umowy… - Dean zostawił uchylone drzwi, podszedł do kanapy i jedną ręką zaczął wybierać w telefonie numer brata a drugą pieszczotliwie mierzwić włosy omegi. – Kładź się. Sam? Gdzie jesteś?... Możesz podejść?... Bo nie mogę znaleźć umowy z tą firmą… No, tą wiesz, co wczoraj gadaliśmy… Jak oni się nazywają?... Philocośtam?... Kojarzysz?... Nie ma na biurku. Nie ma, sprawdzałem właśnie… Na mailu też nie ma. Nie mogę znaleźć, przyjdź. – Polecił i odłożył aparat.
Cas się położył, obserwując alfę, który wrócił zza komputer. To też była zupełna nowość. Patrzeć na niego. Na Deana. Wcześniej, gdy jeszcze był ślepy, tylko go słyszał, czuł, znał jego dotyk. Ale widzieć go… To był zupełnie nowy obszar doznań. Bo Dean był przystojny. Wyróżniał się spośród innych mężczyzn, na tle watahy i mężczyzn, których Cas poznał do tej pory. Owszem, ci inni także bywali przystojni, choćby Charlie, ale Dean miał w sobie… Trudno było oderwać wzrok od niego.
Cas śledził jego ruchy, mimikę, węsząc i zapamiętując: tak wygląda Dean gdy pachnie zadowoleniem. Tak wygląda i pachnie, kiedy żartuje. Kiedy rozmawia z innymi. Okazało się, że Dean często się uśmiecha!
I często patrzy na omegę.
Cas czasem podnosił wzrok znad deski do prasowania czy kosza z praniem i ze zdziwieniem zauważał, że Dean mu się przyglądał. I nie odwracał się, udając że wcale nie. Że to przypadek. Patrzył odważnie, prosto i z zadowoleniem, uśmiechając się kącikiem ust, gdy Cas się czerwienił i spuszczał głowę, zawstydzony.
Sam nie wiedział, czemu czuł się tak niepewnie pod tym spojrzeniem, bo przecież było przyjazne. Więcej niż przyjazne, ale Cas nie potrafił nazwać tego, co oznaczało. Wiedział tylko, że mimowolnie się uśmiecha i że nie potrafi znieść tego spojrzenia, musi spuścić wzrok i w dodatku robi mu się gorąco i na pewno jest czerwony jak burak.
Wstydził się.
Ale to nie było nieprzyjemne. Nie to, żeby chciał się zapaść pod ziemię i umrzeć. To było raczej tak, że chciałby, żeby Dean podszedł, wziął go za rękę i pociągnął do sypialni, żeby zostali sami, w półmroku, przy zaciągniętych zasłonach.
Powrót na ranczo oznaczał nowe życie i do wielu spraw trzeba się było przyzwyczaić. Dean na swój sposób też był „nowy”. Inny niż przed całą to ucieczką i na pewno inny niż w szpitalu, gdy się dowiedział, czym Cas jest… Jakim jest potworkiem. I że ma w brzuchu dziecko.
Wtedy był wściekły. Później też był wściekły. Przez kilka miesięcy był wściekły. A teraz? Teraz się gapi. I głaszcze brzuch. I strasznie się trzęsie nad szczeniaczkiem, żeby coś mu się nie stało. I miał mokre oczy na badaniu USG. Kaszlał, chrząkał, udawał, że to alergia.
Nikt się nie nabrał. Amy mrugnęła do Casa a Jessie wydrukowała im zdjęcia tego, co na ekranie, na których można zobaczyć głowę i rączki i nóżki… Siusiaka nie, szczeniaczek jakoś tak zawsze się układał, że nie było widać szczegółów, więc jeśli chodzi o płeć, to w grę wchodziły tylko przeczucia, nie fakty.
- Dean? – Zaczął, ale przerwał, bo wszedł Sammy i zaraz zaczęła się rozmowa o tych wszystkich nudnych sprawach, umowach, przelewach, transzach, prowizjach, kwotach brutto i netto, ubezpieczeniach, upoważnieniach i karach umownych. Cas ziewnął i sennie się zastanowił, czy te kary umowne mają coś wspólnego z klapsami.
Nakrył się kocem po same uszy, ułożył wygodniej, starając się nie naciskać brzucha i niespodziewanie odpłynął w sen.
Wspiął się na palce, żeby móc wyszeptać alfie na ucho nieśmiałą prośbę. Czy mogliby pojechać do Crabtown, do kina?
- Na coś konkretnego? - spytał alfa po prostu, wcale nie zły ani zniecierpliwiony, jak się omega trochę obawiał.
- Na coś śmiesznego! Na komedię.
Odkąd odzyskał wzrok i odkrył filmy, telewizja i kino stały się ulubionym sposobem spędzania wolnego czasu.
- Dobra, zobaczymy, co grają. - Dean zagarnął go w ramiona. - Jeszcze jedna rundka, czy do domu?
- Jeszcze jedna! - Cas aż się zająknął pod wpływem pocałunków. Dean ostatnio nie szczędził mu pieszczot, nie przejmując się że chłopaki mogą ich zobaczyć. - Auć! Ojejku, łaskoczesz!
- To czemu tak pachniesz? - spytał retorycznie Dean, dając do zrozumienia, że to Casa wina.
- No jak?
- Apetycznie... - mruknął, tonąc. - Uhm... Mhm...
- Dean? - Cas nabrał śmiałości, gdy alfa wyczyniał coś niesamowicie przyjemnego z jego prawym uchem. Przechylił głowęi troszkę ściągnął czapkę, żeby dać mu lepszy dostęp. Wcale nie było tak mroźno, jak narzekała Ellen. Dzień był słoneczny, śnieg skrzypiał pod stopami, tak biały, że aż trzeba było mrużyć oczy. Pachniało sośniną.
- Mhm? - Dean wydawał się dość roztargniony, albo wyjątkowo zajęty, zależy jak na to spojrzeć.
- Tak się zastanawiałem... Czy... Dziś mógłbyś...
- No? - Zachęcił, odrywając się od ucha. Naciągnął mu czapkę i przyjrzał się rumieńcom. - Zmarzłeś?
- Nie. - Zaprzeczył gorliwie, żeby jeszcze móc pospacerować. Dean i Ellen naprawdę przesadzali z tym "przeziębisz się"! I "dostaniesz zapalenia płuc"! - Bo... Tak sobie pomyślałem... Uhm... No...
- Wyduś wreszcie. Co pomyślałeś? - Dean zaczął powolutku brnąć po wydeptanej ścieżce wokół domu, stanowiącej ich codzienną trasę spacerową. Amy nalegała, żeby Cas codziennie miał porcję ruchu na świeżym powietrzu, więc alfa osobiście go wyprowadzał na te krótkie przechadzki, okutanego w kurtkę, czapkę, wielki szal, rękawice i grube buty z futerkiem. Wszystko nowe poza kurtką, która należała do Deana i dostał ją, bo była kilka numerów za duża, bardzo obszerna, więc mogła pomieścić rosnący brzuch. W swojej poprzedniej nie mógł się dopiąć. Gdy tylko Ellen to zauważyła, zarządziła alarm, bo "szczeniaczek nie może się wychłodzić"!
- ...bo... - Omega zacisnął palce i Dean natychmiast wzmocnił uścisk dłoni. - Nic. Uhm, nic.
- Co? - Dean się zatrzymał. - Cas! Rozmawialiśmy o tym! Jeśli czegoś potrzebujesz, to masz mi powiedzieć! Skąd mam się domyśleć, jeśli mi nie powiesz?
- Ale to nie jest coś, czego potrzebuję... - Położył palec na ustach.
- Coś dla szczeniaczka? - Dean nie cierpiał zgadywać. Wolał prosto z mostu, jasne komunikaty. Zerknął na zegarek i zrobił kilka kroków, a Cas posłusznie podreptał za nim. - Upatrzyłeś coś do kupienia?
- Nie...
- Meble? Zabawki? - Podpowiadał, chcąc jak najszybciej przejść do sedna.
- Nie.
- Wolisz inną tapetę? Mówiłem, że samochody byłyby lepsze niż te miśki! - Podniósł ton, nadal nie rozumiejąc czemu Cas wolał te infantylne, babskie futrzaki z balonikami w pulchnych łapach, zamiast zajebistych resoraków! Sam by chętnie sobie położył tapetę w resoraki, gdyby tylko nie był dorosłym, poważnym wilkiem, alfą i ojcem. Oczekującym ojcem, sprostował w myślach, chociaż to nie miało przecież znaczenia. Jeszcze dwa miesiące i maluch będzie z nimi. Już nie mógł się doczekać. - Możemy zmienić. Chcesz? Chłopaki zrobią to raz dwa.
- Nie. Tapeta mi się podoba, jest śliczna i meble też i kołyska... Bobby się napracował. Nic nie chcę zmieniać! Pokoik szczeniaczka jest taki jak trzeba.
- Więc co?
- Bo to co wczoraj... - Cas się zrobił czerwony jak burak i akurat nie od mrozu czy wysiłku. - Tylko się zastanawiam... Czy mógłbyś... Powtórzyć... - wydukał wreszcie.
Dean w pierwszej chwili nie zrozumiał, próbując sobie przypomnieć na szybko, co oni wczoraj robili razem... Co mógłby powtórzyć? Zaraz... Po kolei: śniadanie. Praca w gabinecie. Podpisywanie czeków dla chłopaków w tartaku? Cas siedział wtedy na płaskiej poduszce, na podłodze obok kanapy, ze stolikiem kawowym przysuniętym tak blisko, jak tylko brzuch pozwalał i ćwiczył pisanie. Od czasu do czasu Dean zaglądał mu przez ramię i sprawdzał postępy. To było miłe, ale żeby zaraz się tak czerwienić?
Potem Dean pojechał do miasta, Cas pomagał Ellen, po powrocie Deana zjedli wspólnie kolację i obejrzeli parodię filmów sensacyjnych, co nie było do końca dobrym pomysłem, bo Cas nie widział jeszcze parodiowanych filmów i nie rozumiał większości żartów, więc w połowie znaleźli coś bardziej dla niego. "Juniora" z Arnoldem Schwarzeneggerem. Potem jeszcze druga kolacja przed snem (Cas miał apetyt na koktajl a Dean nie pogardził resztkami z obiadu), mycie (Dean brał prysznic a Cas kąpiel, po której trzeba było mu pomóc wyleźć, żeby się nie poślizgnął). Dzień jak co dzień.
O!
Ooooo! A! TO! To. Uhm, tak, o to mogło chodzić!, olśniło tępego alfę.
Cas chyba zauważył błysk zrozumienia w jego spojrzeniu, bo jeszcze bardziej się zaczerwienił i odwrócił twarz, udając wielce zaintrygowanego czapą śniegu na dachu owczarni.
No, faktycznie. Coś tam sobie nad ranem wyjaśniali... Praktyczne zastosowanie "sześciu kroków do orgazmów wielokrotnych" czy coś w tym stylu. Cas nie miał pojęcia o orgazmach, ale odkąd okazało się, że posiada i ruszt i piekarnik, to sprawy nabrały dynamiki.
- Mogę. - Dean mrugnął wesoło. - Mogę to powtórzyć, jeśli ci się aż tak podobało.
Cas zamrugał, nie wiedząc czy przytakiwać entuzjastycznie, czy dziękować, czy udawać, że wcale nie aż tak bardzo, jak się Deanowi wydaje.
Co by powiedziała babcia Anna?
Chyba by dostała zawału...
Cas sam omal nie dostał zawału. A przy śniadaniu to Ellen i Bobby co i rusz rzucali rubaszne uwagi. A już jak Dean poprosił, żeby Bobby wymienił deskę w zagłówku, bo pękła...
- Podobało ci się. - Stwierdził Dean, prowadząc ich na werandę.
- Tak. - Przyznał, dziwiąc się samemu sobie. - No.
Dean uśmiechał się szeroko, cholernie z siebie zadowolony.
- A ty co tak suszysz zęby? - Bobby wyszedł im na przeciw. - Ellen woła Casa na gorące kakao.
- Tak. Kakao dobrze mu zrobi - powiedział z powagą alfa. - Ze śmietanką kremówką dobrze ubitą.
Cas usiadł na taborecie, a Dean kucnął przed nim, żeby pomóc mu ściągnąć buty.
- Zadzwonię do Charliego.
Dean szarpnął but nieco mocniej, razem z grubą skarpetą.
- Powiem mu, żeby znalazł kogoś na moje miejsce. Już nie będę jeździł do cukierni, przynajmniej póki szczeniaczek się nie pojawi.
- Nie? - Alfa klęknął. Położył sobie obie stopy omegi na udach i pogłaskał go po kostkach i piętach.
Omega skinął i uśmiechnął się promiennie. Twarz mu się zaokrągliła, oczy błyszczały, policzki zarumieniły od mrozu.
- To dobrze. Dobra decyzja. - Pochwalił, mając chęć powiedzieć coś całkiem innego. Coś w stylu: kocham cię. Wariuję za tobą. Chcę cię rżnąć do końca życia, tylko ciebie i nikogo innego. Umrę jeśli mnie kiedykolwiek zostawisz.
Ale to by było frajerskie i zupełnie nie w jego stylu, więc tylko mruknął: nareszcie zmądrzałeś. A teraz chodź na to kakao, bo nam Ellen pourywa głowy, jeśli tylko kichniesz.
Pomógł mu wstać i poszli do kuchni, objęci.
