Work Text:
Szczęknięcie drzwi jest jakieś głośniejsze niż zwykle, właśnie dlatego, że bardzo chciałby, by nie zabrzmiało wcale. Ale nie, oczywiście, stare, uparte drzwi biadolą nad swoim losem, musząc czynić to, co jest jedynym sensem ich istnienia.
- Michał? – Głos odzywa się natychmiast, jeszcze nim udaje mu się przekroczyć próg.
Cudownie, już się zaczyna. Jeszcze nawet do domu nie wszedł.
Pytania zaczynają się od przedpokoju, gdy wciąż ma na sobie mokrą od deszczu kurtkę. Jasiek nie może nawet zaczekać, dać mu wejść, umyć ręce. Nie, musi pytać od samego początku, stojąc przy ścianie i patrząc na niego z tym cholernie wkurwiającym niepokojem. Podąża za nim do łazienki, gdy Michał myje ręce. Mówi cały czas. I nie otrzymuje od niego nawet jednego słowa w odpowiedzi, co w końcu przebija się na tyle wyraźnie przez natłok jego słów, by zamilkł.
Upragniona cisza nie trwa nawet minuty. Jasiek wychodzi z łazienki pierwszy, czeka w progu, nie odrywając od niego spojrzenia.
- Nie odbierałeś.
To nie jest pytanie, ale na to Michał musi odpowiedzieć.
- Nie słyszałem telefonu.
- Nie odpisywałeś.
- Mówię, – zaznacza nieco ostrzej – że nie słyszałem.
Jasiek nadal stoi przed nim i patrzy na niego. Jak patrzy, Michał nie wie i nie sprawdza.
- Gdzie byłeś?
- W pracy, a gdzie miałem być o drugiej popołudniu?
Spojrzenie odprowadza go do kuchni. Obiadu nie ma. Kurwa. Jest za to zdenerwowany Jasiek, który znowu za nim łazi.
- Jadłeś?
- Co?
No chyba mówi wyraźnie!
- Pytam, czy jadłeś – powtarza Michał, a jego zęby drżą pod naporem cedzonych przez nie słów.
- Byłeś u lekarza?
- Jasiek! Pytam wyraźnie, jadłeś coś, czy nie?
- A ja pytam, czy byłeś u lekarza tak, jak ustaliliśmy.
Dygocze mu dłoń. Brzęczy szklanka. Uderzył pięścią w stół? Tak. Zabolało. Cisza w kuchni trwa teraz długo, dłużej niż powinna. Musi odpowiedzieć, teraz jego kolei. Musi się go stąd pozbyć. I to jak najszybciej, bo skoro już podnosi na niego głos, nie zdzierży więcej przesłuchania, krew go zaleje i potem żadne gadanie nie naprawi tego, jak Jasiek przed nim ucieknie.
Tak, musi się uspokoić.
- Byłem.
- I?
- I co, co i? – Oddech raz. Oddech dwa. – Dostałem nasenne.
Cisza trwa dokładnie trzy oddechy. A potem Jasiek znowu musi się odezwać, oczywiście, bo przecież Michał wcale nie okazuje, że nie chce z nim rozmawiać. Nie teraz, nie o tym.
- Tylko nasenne?
Metaliczny smak krwi. Rozgnieciony policzek. Dłonie znów się zaciskają, ale tym razem Michał nimi nie uderza. Zaciska powieki, gdy skupia się, by jego głos nie brzmiał wrogo. Tylko gniewu nie udaje mu się z niego pozbyć.
- Jasiek, weź zejdź ze mnie na chwilę, dobra? Nie masz dziesięciu lat, żebyś beze mnie dnia nie przetrwał! Widzisz, że jestem zmęczony, odpierdol się, błagam. – Nie słyszy za sobą nawet oddechu. Ani jednego skrzypnięcia podłogi, ani jednego westchnienia rezygnacji.
Skądś jednak wie, że Janka już za nim nie ma. Poszedł sobie.
Dochodzi czwarta. Jeszcze dwie godziny i wyjdzie do pracy, na nocną zmianę. Jeszcze tylko dwie godziny i Michał będzie mógł odpocząć. Jeszcze tylko dwie godziny.
Skrzypnięcie drzwi nie brzmi do końca, do stukotu. Jasiek nie zamyka drzwi do pokoju, tylko je przymyka. Nigdy ich nie zamyka. Jakby na coś czekał, psiakrew pierdolona, jakby się czegoś bał, że Michał zrobi… co zrobi?! Co miałby takiego zrobić?!
Nie jest jeszcze aż tak pierdolnięty, żeby bać się go zostawiać za zamkniętymi drzwiami! Jasiek nie ma nawet pojęcia…
Nieważne. Jasiek ma nie mieć pojęcia o tych wszystkich rzeczach, o których mu Michał nie powiedział i nie powie. Może sobie minąć nie pół roku a półtora, nic się nie zmieni i jeśli dożyje kolejnego roku, też mu nic nie powie. I bez tego Jasiek przypatruje mu się czasem z takim smutkiem, jak patrzy się na potrąconego szczeniaka wyciągniętego z rowu, który tylko czeka, aż zdechnie, by przestało go wszystko boleć. Jasiek nie ma pojęcia. I dobrze.
Nie zamyka drzwi do siebie, a raczej do dużego pokoju, w którym pomieszkuje już siódmy miesiąc. Tymczasowe lokum, dobre sobie. Jasiek już mu się nie da wyprowadzić, skoro uzupełnił pokój o jedno porządne łóżko, chociaż jego rolę spokojnie mogłaby pełnić rozkładana wersalka. Michał jest u siebie, w czterech ścianach, które wytapetowało ostatnich jedenaście lat. Część znaków jest w stanie odróżnić. Peruwiańska tkanina z aguayo, która powinna być obrusem, ale za to jest przybita do ściany. Maski plemienne ze Środkowej Afryki, a dalej nóż szerpów i flaga Nepalu, sznurek z buddyjskimi flagami modlitewnymi, obraz na papirusie, obraz w stylu Suiboku-ga. Części nie zna i teraz nie pamięta, czy kiedyś o nie pytał. Nieważne, skąd Jasiek je przywiózł, ważne, że pokój nie jest pusty.
Ten w szpitalu był całkowicie pusty. Gołe, szare ściany. Biel pościeli.
Siada na wersalce, poprawiając jedną z wściekle wzorzystych poduszek. Turcja tym razem.
Czy Jasiek przez ostatnie jedenaście lat naprawdę nie znalazł w okolicy ani jednej Ikei?
Jego wzrok zatrzymuje się na grzbietach książek, ułożonych na regale nadal w zdecydowanym nadmiarze ale już porządniej, niż było tutaj, kiedy się wprowadził. Kiedy Jasiek praktycznie wniósł go na piętro, bo Michał był tak pewien, że da sobie radę, że odmówił jeżdżenia windą. Pierwszy tydzień wrzasków przez sen, rzygania śniadaniem i gapienia się apatycznie w ścianę pamięta. Drugi trochę słabiej, bo Jasiek wezwał lekarza i znów nafaszerowali go lekami.
Ale to było dawno. Mija już siódmy miesiąc. Michał już sobie radzi.
Nie potrzebuje użalania się nad nim, bo i bez tego czuje się jak świr, zaciskając szczęki na widok jakiegokolwiek obiektywu i schylając głowę pod każdym hukiem za oknem. Bomba? Ach nie, to tylko dziecko sąsiadów przypierdoliło piłką o daczę śmietnikową. Alarm przeciwlotniczy? Nie, psy zjechały komuś na kwadrat, bo za głośno imprezowali. Gdy z kranu zaczyna cieknąć brudna woda, Jasiek musi wyzbierać go z podłogi, zanim zadzwoni do spółdzielni, że ta rura, co ją ostatnio naprawiali, blokując pół osiedla, to chyba jednak mogłaby być naprawiona bardziej. Michał siedzi i gapi się na poplamione dłonie, a w uszach świszczy mu hałas, który nie ma słów, nie składa się z pojedynczych dźwięków, jest długą, nieforemną falą uderzającą raz po raz w jego mózg.
Ale to było dawno. Teraz Michał jest w stanie wstawać do pracy, nie ucieka od obiektywu i nie kuli głowy, gdy ktoś huknie drzwiami pół budynku dalej. Nosi znów koszule z długimi rękawami i choć nie jest w stanie przemóc się, by dopiąć zegarek, ręce już mu się nie trzęsą, gdy się ubiera i musi dotknąć swojej szyi. Od czterech miesięcy nawet sam się goli.
Od miesiąca jest w stanie oglądać telewizję bez lęku, że zaraz ktoś słowem chociaż nawiąże do tamtego miejsca, od którego teraz dzieli Michała morze i tysiące kilometrów. Jakoś od dwóch miesięcy nie czai się, gotów uskoczyć w boczną uliczkę, gdy widzi, jak ktoś grzebie w kieszeni kurtki albo ma dziwnie ciasno opięte ubranie. Od kilku tygodni nawet sypia. Próbuje sypiać. I sypia, naprawdę, jakąś godzinę czasem dwie, ale naprawdę, przecież to nie tak, że nie śpi wcale.
To nie jest tak, że zamyka się w pokoju albo próbuje wejść pod stół, bo ktoś odpalił fajerwerki, to nie tak, że nie pamięta, gdzie jest, że rozkleja się na ulicy, bo dzieciaki gonią się po osiedlu i strzelają do siebie z patyków. To nie tak, on naprawdę sobie radzi.
Naprawdę jest lepiej.
Od pięciu tygodni nie pije. Od dwóch nie gniewa się na Jaśka za pilnowanie go z tym i sprawdzanie każdego jego kubka i butelki z wodą. Okleja się plastrami nikotynowymi i od czterech dni też nie pali.
I nie śpi trzecią dobę, ale to minie. Jest zmęczony. Był w pracy. Musi zasnąć.
Nie potrzebuje do tego leków. Może kiedyś potrzebowałby, tak, ale to było już dawno. Już od dziesięciu miesięcy jest wolnym człowiekiem, jest pod opieką lekarzy, ma za sobą kilkanaście kursów helikopterem i jakiś tuzin szpitali, aż wreszcie dociera do tego warszawskiego. Już prawie rok, odkąd nic mu nie grozi, Michał to wie, Michał to naprawdę, kurwa jego mać przeklęta, wie!
Wie też, że przesadził, bo Jasiek wychodzi do pracy bez słowa pożegnania. Zostawia mu tylko kartkę pod drzwiami, prosząc, by dał znać, jeśli weźmie leki nasenne.
Już nie przypomina mu setny raz, że ma pisać albo dzwonić gdyby cokolwiek było źle, a jeśli Jasiek nie odpowie do dwóch minut, pisać do Andrzeja i ściągnąć go tutaj. Andrzej ma swój klucz, swój dom, syna, pracę i życie, ale obiecał Jaśkowi, że rzuci to wszystko i przyjedzie, jeśli tylko Michała znów przerośnie zignorowanie wycia karetki za oknem albo zrobienie sobie śniadania.
Jeszcze nigdy nie dzwonił do niego o pomoc. Do Jaśka tak, trzy razy, ale to wszystko było już dawno temu, trzy miesiące, nie, to już prawie cztery miesiące temu.
Tym razem nie zadzwoni.
Nie dzwoni. Spędza jeszcze jakiś czas w pokoju, zapatrzony w regał zawalony książkami. Nie wie, ile czasu tak siedzi, ale z zaskoczeniem zauważa dwudziestą osiem, gdy sięga po telefon.
Wilmowski A. (przyjaciel Jaśka)
„Cześć, co mieliście dzisiaj na obiad?”
Co proszę? Michał przez moment waha się nad odpisaniem mu dosadnie „nie twój, kurwa, interes” i nie robi tego ostatecznie tylko przez wzgląd na Janka. Wystarczy, że mieszka tu na krzywy ryj już ponad pół roku, bo do pracy chodzi regularnie dopiero drugi tydzień. Nie będzie chujem do przyjaciół brata.
> Skąd pytanie?
Wklepuje odpowiedź i nie odkłada telefonu, czekając na odpowiedź. Andrzej na pewno tak tego nie zostawi. Michała ciekawi po prostu, na ile Pan Porządny zamota się i sam siebie zażenuje, usiłując wyjaśnić swoją motywację.
„Janek mi nie odpisuje, domyślam się, że jest w pracy, dlatego pomyślałem, że spytam Ciebie.”
To nadal nie odpowiada na jego pytanie, ale rozumie, że semantycznie jest to odpowiedź poprawna. Cholerne belfry.
> tak, Jasiek w pracy
„Okay, dzięki :) to co z tym obiadem?”
No bezczelny człowiek.
> pan wybaczy, profesorze, ale nadal umyka mi tutaj aspekt wyjaśniający, pod jakim względem i uzasadnieniem jest to jakkolwiek w zakresie pana troski
Może teraz zrozumie, w końcu Jasiek co chwilę zachwyca się, jaki to mądry człowiek. I geograf, więc może jak mu się każe spierdalać, sam wpadnie na to, gdzie i się nie zgubi.
Tym razem czeka na odpowiedź dość długo, by odłożyć telefon. Właściwie to nie ma niczego, co Andrzej mógłby mu odpisać. Nie ma, na co czekać. Wraca spojrzeniem na regał, odliczając kolejno każdy z czterdziestu dziewięciu tomów encyklopedii Britannica.
Wzdryga się na drżenie telefonu.
„Czy mogę zadzwonić?”
Nieprawdopodobne, jak bardzo Jasiek musi nie mieć krzty szacunku do niego, by upoważniać swoich kumpli do takiego wpierdalania się w życie kogoś, kto sobie doskonale radzi i bez tego.
Zgadza się tylko dlatego, że to bardziej strategiczne zwyzywać kogoś przez telefon, gdzie dowód utrwali się tylko po nagraniu. Andrzej raczej nagrywać go nie będzie, a jak będzie, Michałowi wciąż śnią się wykłady z prawa prasowego i własności intelektualnej, więc zna nawet paragrafy, by go z miejsca postraszyć. Chyba, że znów coś zmienili…
- No? – odbiera, nie kryjąc zmęczenia w głosie.
- Cześć, przepraszam, nie dzwoniłbym, ale Janek pewnie do rana nie odpisze… - Tak, Michał jest tego świadomy. Ma nadzieję, że jego irytacja jest jawna w tym, że milczy, nie odpowiadając nic. Niech Andrzej sam się męczy, co powiedzieć. Michał o to nie dba. – Chcę tylko spytać, czy jadł obiad przed pracą.
Początek gniewnej tyrady zamiera mu na ustach. Michał marszczy brwi, powtarzając w myśli zdanie, które nie brzmi jak coś, co można by źle zrozumieć, bo ma niefortunny szyk. Nie, no inaczej tego nie da się zrozumieć.
- Że Jasiek?
- Tak.
Czyli dobrze zrozumiał. Co znaczy, że teraz nie rozumie nic.
- A czemu pytasz?
- To długa historia – odpowiada natychmiast Andrzej, a w jego głosie już spina się zdenerwowanie. – Jadł, czy nie?
Jasiek nie ma problemów z jedzeniem, odkąd wyrósł z pozostałości traumy wczesnodziecięcej. Michał przelatuje w myśli wszystkie strzępy informacji, jakie posiada. Jest pewien, tak, wtedy był tam osobą najbardziej zaangażowaną. Minęło trzydzieści lat, do diabła. Andrzej nie ma prawa o tym wiedzieć, to raz. A dwa, Michał jest pewien, że teraz tych problemów już nie ma. Janek je przy nim, jadł przy nim wielokrotnie, nie ma mowy, żeby…
- Co się stało?
- Nic, nie denerwuj się…
- Jak mam się, kurwa, nie denerwować!? – Krzyk dławi mu gardło, ale wydostaje się pomimo walki. I zamiera, ucięty kolejnymi słowami w słuchawce.
- Nie chodzi o niego, a o mnie.
- Ciebie – powtarza, choć przecież słyszy wyraźnie.
- Tak, o mnie, do diabła, Michał, nie chcę o tym rozmawiać. – Irytacja w głosie Andrzeja nie jest szczera. To wciąż niepokój. – Wszystko, co musisz wiedzieć, to że Janek od dawna mi pomaga i wysyła mi zdjęcie swojego obiadu, a ja mu swojego. I dzisiaj nie wysłał. I milczy od czwartej. Więc pytam, czy jadł obiad i po prostu zapomniał, czy coś się stało?
Dotarł do domu za pięć czwarta.
Pamięta. Kurwa. Pamięta, że pytał i nie dostał odpowiedzi, ale Jasiek na pewno do kuchni potem nie wrócił. I wyszedł na nockę.
- Przy mnie nie jadł, może wcześniej.
- Może?
Westchnięcie kołysze jego ramionami. Mocno, aż czuje napięcie zgrubienia blizny na lewej łopatce. Przeciera twarz dłonią, resztki gniewu zostają zapomniane. Michał jest już tylko zmęczony.
- Nie jadł.
Cisza w słuchawce nie powinna być wymowna, bo Andrzeja tutaj nie ma i nie może wiedzieć, że znowu się pokłócili ani o co, ani czemu znów o to samo. A jednak milczy, jakby wiedział.
Może już wie. Może wszyscy wiedzą poza Michałem. W końcu nie było go tutaj jedenaście lat.
- Pójdę do niego.
- Nie idź. – Nie decyduje się, by się odezwać. Słyszy swój głos, głuchy i ciężki. Tak bardzo zmęczony. – Ja pójdę.
Cisza robi się jeszcze bardziej niezręczna, jakaś wyczekująca, ale tak bez pewności, bo żaden z nich nie wie, na ile może sobie pozwolić na pouczanie tego drugiego. Są obcymi ludźmi, których łączy osoba człowieka, który pomaga im obu. Ale tylko jeden z nich o tym pamięta.
- Wiesz… - Andrzej wciąż się waha, ale jednak mówi, co chce powiedzieć. – On się po prostu bardzo o ciebie martwi.
Tak, Michał wie.
Wie też i to boleśnie, od jedenastu lat, dlaczego na studiach mówili im, że lepiej, by korespondenci wojenni nie mieli rodzin, zważywszy statystyki ich śmierci i zaginięć.
* * *
Zna liczby. Znał je już wcześniej. Po prostu nigdy nie sądził, że dołączy do statystyk. Nikt nigdy nie sądzi. To nie on, jego nie może to spotkać. On jest tym wyjątkiem, tym maleńkim odsetkiem.
On nie uzależni się od fajek i nie zacznie krzyczeć w nocy z lęku przed tym, co widział. On nie zacznie upijać się, by zasypiać, gdy wróci do domu, nagrawszy rzeczy, których nigdy nie puści nikomu, na kim mu zależy, ale których nigdy nie wyrzuci ze swojej głowy.
On nie zostanie postrzelony. Jego kamizelka PRESS nigdy nie ocali mu życia. Nigdy go nie pojmą. Nigdy nie stanie się kolejną cyferką w spisie zaginionych. Nigdy nie zniknie bez wieści. Nigdy nie da sobie zrobić tego wszystkiego.
Nigdy nie wyląduje schowany pod łóżkiem, po trzeciej bezsennej nocy. Nigdy nie pokłóci się z bratem, który uparcie będzie namawiał go na wizytę u psychologa. Nigdy nie pójdzie do psychiatry.
Nigdy nie będzie dość źle, by wyszedł stamtąd z receptą.
Wychodzi tamtego dnia z czterema.
I to też mówi Jankowi, gdy spotykają się na murku przed zoo, podczas jego przerwy. Mówi mu to, gdy tylko podaje mu pudełko z zapakowanym obiadem i pierwszy siada, czekając, aż Janek do niego dołączy. Nie tłumaczy się jeszcze, jeszcze nie przeprasza.
- Przepisała mi antydepresanty – mówi i ma nadzieję, że to wystarczy na zagajenie rozmowy.
Jasiek nie wydaje się zaskoczony. Zły też nie. Siada przy nim, przyjmuje pudełko, ale nie zaczyna jeść. Czeka, patrząc na niego, ale nie zadaje już ani jednego pytania.
Tak, Michał powinien się spodziewać. Skoro wścieka się o pytania, Jasiek w końcu przestanie je zadawać. Ale on nie wie, nie ma pojęcia, jak ma żyć bez tego. Nie bez pytań. Bez wściekłości.
Łatwiej mu gniewać się, niż się bać. Niż żałować szlaczków wyciętych nożem na jego plecach i piersi, niż smucić się nad własnym losem i utraconymi jedenastoma latami.
- Dostałem nasenne. I antydepresanty. I coś do regulowania dopaminy. Nie pamiętam nazwy, wszystkie brzmią tak samo. I te antydepresanty to w dwóch wariantach mówi, że mogę mieć… jedne… specjalnie dla stanów lękowych. Ale mam sprawdzić, jak zareaguję. Przyjść za tydzień. Te drugie są inne, coś z adrenaliną, ale nie taką…
- Noradrenalina – Jasiek odzywa się nareszcie.
- Tak. To. Nie wiem, nie znam się… jest ileś rodzajów, ale nic nie brałem nigdy i ona też nie wie, co zadziała, więc będę wpierdalał pół apteki, aż coś zadziała.
- Te pierwsze to domyślam się, że SSRI, wychwytują serotoninę. Te drugie to SNRI, one dodatkowo podnoszą noradrenalinę… to taki hormon, wpływa na ciśnienie, czujność, koncentrację, nastrój i to, jak stres wpływa na nas. Masz jeszcze trójpierścieniowe i monoaminooksydazy, ale teraz już prawie ich nie przepisują. Za dużo efektów ubocznych i za wielkie ryzyko wchodzenia w reakcję z innymi lekami albo jedzeniem. Skoro dała ci nasenne, to bardzo dobrze, że przepisała właśnie te. SNRI są też stosowane przy bólu neuropatycznym, ale mogą wpływać na ciśnienie krwi. Musisz mierzyć je regularnie i notować ewentualne bóle klatki piersiowej lub kołatanie serca.
Michał z westchnieniem odwraca wzrok na chodnik.
- Zajebiście, o tym też wiesz?
Jasiek uśmiecha się do niego blado, ale to pierwszy uśmiech tego dnia.
- Na lęki coś dostałeś?
- Blokery jakieś, tak.
- Rozumiem, β-blokery, zakładam.
- Tak.
- Tutaj trzeba będzie obserwować, zazwyczaj są dobrze tolerowane, ale w niezwykle rzadkich skutkach ubocznych jest też depresja, więc cieszy mnie, że masz kontrolną wizytę za tydzień a nie miesiąc czy dwa. Polecam prowadzenie zapisków codziennie, będzie wam łatwiej dobrać coś, co faktycznie działa, jak nie będziesz leciał z pamięci objawami z całego tygodnia.
Tak, to też już Michał słyszał. Oddycha głęboko, ze znużeniem, w którym brzmi więcej ulgi niż faktycznego zmęczenia.
- Dzięki, Jasiek.
- Nie musisz mi za nic…
- Będę i chuj ci do tego.
Drugi uśmiech jest trochę szerszy, Michał rzuca na niego szybkie spojrzenie. Jasiek nie wygląda, jakby nowiny go przerażały. Jeśli już, wydaje się spokojniejszy niż przez ostatnie tygodnie. Cudownie, ma nadzieję, że psychotropy odpowiednio mocno rozjebią mu mózg, by musiał mieć się lepiej albo przynajmniej nie rozumiał, że mu gorzej?
Chyba lepiej nic nie czuć, niż czuć się tak parszywie…
- Rozumiem, że to dla ciebie ciężki temat… to, że przepisała te leki.
Odpowiada prychnięciem. Ciężki temat? Ciężkim tematem było wyjaśnienie w szpitalu czemu ma poparzenia drugiego stopnia na lędźwiach, bo jedna pielęgniarka się popłakała, a praktykant poleciał rzygać. To nie jest ciężki temat, to tylko trochę chemii.
- Stygmatyzacja zdrowia psychicznego u mężczyzn…
- Błagam, skończ – ucina sykiem.
Docenia, że Jasiek się stara, naprawdę, ale bardziej doceniłby, gdyby darował sobie tę naukową gadkę, która nie ma żadnego przełożenia na praktykę. Michał wie, że czasy wariatkowa z kaftanami bezpieczeństwa i elektrowstrząsami przeminęły. Michał wie, że lekarz to lekarz. Michał wie nawet to, że powinien był pójść po te leki pół roku temu.
Michał to, kurwa mać, wie.
I nic mu to nie daje.
- Co? – Unosi głowę, choć dotknięcie w wierzch jego dłoni jest delikatne, ledwo go muska. Nie otrzymuje odpowiedzi, choć zerka na telefon wymownie. – Co to?
Jasiek podaje mu swój telefon, otwarty na skrzynce mailowej. Z wyszukaną frazą, która wywołuje do jego uwagi prawie dwieście maili. Wyszukana fraza to „psychiatra e-recepta”.
Ostatni mail jest z końca lutego, tego roku. Mają początek czerwca.
Michał wraca na niego spojrzeniem, ze zmarszczonymi brwiami. Twarz Janka jest nieruchoma, spokojna. Wymownym ruchem zachęca go, by otworzył któryś z maili. Otwiera. Czyta receptę. A potem kolejną i kolejną, i kolejną…
- W sierpniu będzie siódmy rok – Jasiek informuje go tak spokojnie, jakby nigdy nie rozmawiali ze sobą o tym, jak bardzo Michał czasem chce, by przypadkowo uderzył w niego tramwaj. Jakby nigdy nie siedzieli na podłodze w łazience, a Janek nie musiał go uspokajać długie godziny a potem znosić jego wściekłość na to, że tę pomoc oferował. Jakby nic z tego ich nie dotyczyło. – Miałem spory problem z dobraniem substancji czynnej, bo kolejne wchodziły w reakcję z tym świństwem, co przywiozłem we krwi z Afryki. Ale w końcu znaleźliśmy.
Nic mu nie mówią te nazwy. Ale rozumie.
Ciężko mu przychodzi wyrwanie sobie głosu z gardła.
- I dalej to bierzesz?
Jasiek kiwa głową bez wahania i bez poruszenia tym tematem.
- Każdego dnia rano. Od siedmiu lat.
- Czemu? – słyszy swój głos, choć czuje, że nie powinien pytać.
- Afera z tygrysem w Bengalu. Mówiłem ci. – Nie ma zbywania go w tym, jedynie przypomnienie i tak, Michał pamięta. Wie o hospitalizacji, o rozerwanym barku i obawie przed tygrysami. Ale pierwszy raz widzi na oczy te recepty. – Nawet nie zauważyłem, kiedy ze zwykłego „zbieram się po tym” wpadłem w skłonności samobójcze. Pandit zaciągnął mnie do lekarza, jak prawie wlazłem pod koła samochodu, idąc koło niego. Siatka leków, terapia. Pomogło. A potem…
- Potem? – Michał podejmuje i teraz nie dba już, czy powinien.
Ponure spojrzenie zapewnia go, że nie powiedziano mu o tym wcześniej z bardzo ważnego powodu. Ale Jasiek nie odmawia wyjaśnień.
- A potem w Jordanie rozstrzelali dziennikarza. Nie znaliśmy nazwiska. Dopiero po kilku miesiącach. I cóż… nie byłeś to ty… Potem umarł twój ojciec, zrobiła się afera z dokumentami. Wyciągnęli moje… kwestie rodzinne. I musiałem zeznawać jeszcze raz. Wróciłem na terapię. I potem to już poszło z górki…
Cisza trwa między nimi przez bardzo długą chwilę.
Michał nie wie, co powiedzieć, choć wie, że jest całe mnóstwo słów, które musi powiedzieć. I drugie tyle, które powinien powiedzieć.
Mówi wreszcie coś, czego mówić nie powinien.
- Nie powiedziałeś mi… mieszkam u ciebie od pół roku i nic mi nie powiedziałeś.
Jasiek odpowiada mu westchnieniem, ale jednocześnie otwiera pudełko z obiadem, więc chyba nie może być źle. Nie. To nie wyznacznik jego samopoczucia. To jest dla Michała, żeby się nie skupił i nie poczuł jak skurwiel, gdy słyszy wyjaśnienie.
- Cóż, w głównej mierze dlatego, że ilekroć zaczynałem z tobą ten temat, upierałeś się, że do „świrologa” chodzić nie będziesz i jakbyś kiedyś miał zostać związany w kaftan, to zamierzasz najpierw się powiesić.
Tak. Michał pamięta te rozmowy. Kłótnie, bo ciężko to nazwać rozmowami. Pamięta, jak bardzo Jasiek próbował… jak bardzo próbuje, dzień za dniem, od siedmiu miesięcy… od siedmiu lat… czy od jedenastu…? Czy od trzydziestu, odkąd zeznawał jako dziecko…?
Minęło tyle czasu. Tyle widział. Tyle dokonał. Gdy na niego patrzy, Michał czasami widzi znów rozczochrane dziecko o pustym spojrzeniu przerażonych oczu. Czasem z kolei widzi z dumą, jak wiele się zmieniło i choć wie, że przecież to nadal jest Jasiek, to ten facet nie może być dalszy od przerażonego dziecka, którym kiedyś opiekował się Michał.
W myślach wciąż nazywa go tak samo. Ale nie zawsze. Pamięta, że po powrocie do Europy, gdy udało im się dodzwonić do Janka i ściągnąć go do szpitala, nie poznał go zupełnie. Spodziewał się dziecka, a w progu jego salki stanął brodaty mężczyzna z bronią na biodrze, o nieugiętym spojrzeniu i tak uspokajającej aurze pewności siebie, że Michał po raz pierwszy odkąd sięgał pamięcią, poczuł się bezpiecznie z myślą, że jest obok ktoś silniejszy od niego.
Ten ktoś, kto później uczył się pomagać mu dbać o protezy, kto uparcie i niestrudzenie pomagał mu, aż Michał na nowo nauczył się chodzić. A potem jeść. I tylko ze spaniem im się nie udało.
To nie jest wina Jaśka. To nigdy nie była wina Jaśka.
Ale to również nie jest do końca wina Michała. On tam poleciał, tak. Ale nie on wydał na siebie wyrok, tylko ludzie zabijający w imię tego, która religia powinna panować na tej ziemi.
Pamięta, kiedy spadły bomby. Pamięta krzyk dzieci, pamięta krew na swoich dłoniach… na obiektywie aparatu… na kamizelce z napisem PRESS… i potem dalej, na twarzy, na piersi… świst kuli, ciemność. I obóz jeniecki. Flagi z gwiazdami. Ciemnicę, gdzie zadawano mu pytania. Materiały, które od niego chciano. Groźby, bicie, noże i prąd. I pierwszą ucieczkę, i marsz przez pustynię. I kolejne bombardowanie, choć pewien był, że przekroczył granicę. Choć krzyczał, że jest dziennikarzem.
Widział, że bombardowali też szpital. I dzieci. I karetkę Czerwonego Krzyża.
Widział tak wiele i od początku powtarzał, że nigdy tego Jaśkowi nie opowie. Opowiedział w szpitalu, komisji wojskowej. I dalej, w Europie już, koledze po fachu. I tego dnia też, obcej kobiecie, która wypisała mu receptę i kazała wrócić za tydzień.
To jest jego wina, bo to on grzebie się w tym gównie od pół roku i dalej nic nie zrobił. Ale nie wie, naprawdę nie wie, co robić, jak robić więcej, co tu jeszcze jest do zrobienia. Jest zmęczony. Ostatni raz spał trzynaście lat temu. Do pięćdziesiątki wciąż pozostało mu kilka długich lat, ale jest już zupełnie siwy, jego twarz jest zniszczona, a od zamknięcia w ciemności ma tak zniszczone oczy, że kierują go na operację, jeszcze zanim dobierają mu protezy.
Protezy. Tak. Ostatnie kroki, jakie uczynił na własnych nogach, zawiodły go wprost na zagładę. Pamięta je. Gorąc piasku, dym, zapach spalenizny i krzyki… i rozpacz, jaka wstrząsnęła miastem, gdy usłyszeli wycie syren, za późno ostrzegających o bombardowaniu. Gdyby wtedy nie wszedł do miasta… czy umarłby z pragnienia, czy na gangrenę? Czy odnaleźliby go, jak w mieście, w stosie gruzów, ciał i konających cywilów…?
Czy wróciłby do domu?
Wrócił teraz. Wie. Ale czasami naprawdę tego nie pamięta.
Bolą go wspomnienia, które wypiera. I nogi, których już nie ma. I każdy jeden dzień spokoju w mieście, gdzie nic nie spada im na głowy, nic się nie dzieje i ludzie nie wiedzą, nie rozumieją, nie dbają o to, że jedno morze dalej takie miasta spływają rzekami krwi, które on ma uwiecznione na karcie pamięci, którą schował, nim go pojmano po raz pierwszy. Karta przepadła. Ale on pamięta wszystko, co widział i nagrał. Wszystko, co tam uczyniono.
Wszystko, czego nigdy mu nie powie.
Może powinien więc powiedzieć mu całą resztę…
- Nie byłem dziś w pracy. Ani wczoraj. Od tygodnia. Nie daję rady. Tydzień temu chcieli, żeby nagrał setkę i spanikowałem, jak wymierzyli we mnie kamerę. Nie pamiętam, jak stamtąd wyszedłem. Ale już nie wróciłem. Od tygodnia tam chodzę. Staję przed budynkiem. Patrzę. I nie wchodzę. Chodzę po parku. Albo wracam do domu, jak akurat cię nie ma. Nie jestem w stanie tam wrócić…
Jasiek nie próbuje już uspokajać go dotykiem. Nawet na niego nie patrzy, Michał wie, bo czuje to zawsze, za każdym razem, każde jedno smutne, współczujące spojrzenie. Tydzień temu witali go takimi, gdy wchodził do pracy. Czy i takimi go odprowadzili, gdy stamtąd uciekł?
- To nie wracaj. Nigdy. Chrzań tę robotę.
Nie chce mu się śmiać. Ale musi jakoś zareagować, nim mu serce pęknie.
- I co potem?
- Znajdziesz inną.
- Inną? Jasiek, ja zęby na tym zjadłem. Dwadzieścia trzy lata… ja nic innego nie potrafię.
Głos mu się zaczyna chwiać, więc milknie natychmiast. Policzek znów boli, przegryziony w tym samym miejscu, co zawsze. Odkąd ma nowe zęby, używa ich przede wszystkim do robienia sobie krzywdy. I zwykle są to te same miejsca.
Nie dotyka go. Ale dłoń Jaśka zawisa koło jego zaciśniętych pięści, dość blisko, że gdyby tylko chciał, Michał może go chwycić. Ale go nie chwyci, bo jeśliby chwycił, wie, że zrobi to tak mocno, że to będzie bolało. To zawsze boli, gdy się go chwyta, bo upada, bo panikuje, bo Jasiek zabiera go w bezpieczny kąt mieszkania. To zawsze boli, gdy stara się o tym mówić. To zawsze boli, gdy myśli o tym, że przecież on wie, że nie potrafi… nie wie, jak… nie ma pojęcia…
- Michał… - Głos jest łagodny. I nie ma w nim gniewu, nie ma litości. – Na dziś dzień nie musisz potrafić niczego poza zrozumieniem, że naprawdę potrzebujesz pomocy. Nic innego nie musisz robić. Nic innego nie musisz potrafić. Tylko zrozum… proszę…
Ta prośba trwa między nimi od siedmiu miesięcy. Zawisa przy każdym starciu o to, że Michał nie potrzebuje pomocy, sam nauczy się chodzić. Wyziera ze słów i oczu Jaśka, gdy kłócą się o to, by poszedł do lekarza, by poszukał pomocy, pozwolił sobie pomóc, zaakceptował to, że nie tylko potrzebuje tej pomocy, ale też, że można mu pomóc.
Od siedmiu miesięcy Jasiek prosi go o to każdym słowem i gestem, jaki do niego kieruje. I nigdy nie przestaje prosić, nawet gdy w odpowiedzi dostaje jedynie gniew, przekierowany na niego, bo na kogo innego Michał miałby się gniewać… nie zna imion ludzi, którzy odebrali mu jedenaście lat życia… a Janek zawsze jest obok, zawsze pyta, zawsze podstawia swoją głowę pod cios jego gniewu, jego frustracji i żalu, rozpaczy, przed którą Michał ucieka…
Uciekał tak daleko, aż sam już zapomniał, że istniało kiedyś coś poza tą ucieczką.
Uciekał, aż zapomniał, że ucieka teraz od kogoś, do kogo kiedyś uciekł z niewoli. Do kogo wrócił. Dla kogo przeżył. I teraz, gdy ten ktoś jest obok, Michał nie wie, czemu tak bardzo się na niego gniewa. Wie, że jest zmęczony. Bardzo, bardzo zmęczony. Aż trudno mu znieść każdy oddech, każdy dzień…
- Zrobisz mi tabelkę z tych leków, cech, skutków ubocznych i tak dalej?
Szybkim ruchem ociera twarz, znów jest spokojny, a przynajmniej prawie tak brzmi.
Jasiek znów na niego patrzy. Uśmiecha się do niego, blado, delikatnie.
- Zrobię ci tabelkę.
- I wykaz aptek, gdzie…
- I wykaz aptek, gdzie mają te wszystkie leki, żebyś nie musiał zwiedzać pół miasta, tak.
Powinien podziękować. Nie ma siły. Naprawdę nie ma siły.
Chwyta jego dłoń swoją, mając nadzieję, że nie zaboli aż tak… jak zawsze… Boli. Będzie bolało. Ale czuje, jak Jasiek łapie jego rękę. Jakby tego bólu wcale nie było. Nie, on wciąż jest. Obaj to wiedzą. Jasiek trzyma go delikatnie. Wie, że boli.
Żaden z nich nie zapomina tego bólu.
Ale dalej trzymają swoje ręce. Jak kiedyś, gdy nie bolało, gdy miał dziecko pod opieką i świat przed sobą, i plany, i marzenia, i obie nogi, i spokojne sny. Kiedyś, gdy wierzył w dobry świat i miłosiernych ludzi. Kiedyś, zanim ruszył na wojnę z aparatem a nie karabinem.
Kiedyś, tak. Ale wtedy to też byli oni. I teraz też są.
Choćby zapomniał wszystko inne, Michał bardzo chce pamiętać to jedno.
