Actions

Work Header

27 potknięć Łohoyskiego

Summary:

Jędruś Łohoyski odzyskuje to, co nigdy mu nie było potrzebne, a traci to, co najistotniejsze i fundamentalne dla niego samego. Przy okazji traci przy tym zmysły.

Notes:

Fandomie "Pożegnania jesieni", powstań jak wyklęty ziemi lud... (błagam)

Work Text:

Łohoyski uosabiał całą tę niewielką, a jednak wbijającą się w serce jak cienki szpikulec nerwowość, która panowała w tamtym okresie w górskiej rezydencji Bertzów. Dla każdego śmierć Zosi stała się dopiero oficjalnym przyzwoleniem na pogardę w kierunku Atanazego, jakby czaiła się już gdzieś wcześniej, niby żółć zastygła w krtani, którą w końcu można wypluć. Nie chodziło oczywiście o wzgardę Atanazym dla jego występku ani o niego samego w ogóle, gdyż był on ledwie katalizatorem odruchu wymiotnego, który zbliżał się już dawno i akurat to jedno małe zdarzonko, to maleńkie cierpiątko – świństwo i ohyda! – doprowadziło do erupcji wulkanu. Zresztą dla owej żółci było to kompletnie obojętne, kto kogo zabije najpierw, jeżeli w ogóle do tego dojdzie, kto zabije się sam, kto zohydzi się doszczętnie w tzw. sosie własnym. Ona zbierze się jeszcze ponownie i wycieknie przy innej okazji. Tutaj chodziło o wzgardzenie Bytem, o całkowitą niemożność przystania na warunki Istnienia, które ściskało, tak wyciskało, że tylko, o, wyrzygać, to już tuż, tuż. Egzystencja to jest zgniłe jajo. Chodziło o to, że Łohoyski krztusił się już tą plwociną, uprzednio zawęziwszy sobie tchawicę tym uczuciem, sentymentem, tą prawdziwą „przyjaźnią”. Teraz już nie rzygał nawet, a dusił się, tylko czym, czym? Co to było takiego, które to zabijało go, nie, które zawieszało go w tej międzyplanetarnej przestrzeni, gdzie nic nie zmuszało go już do ż y c i a, lecz jednocześnie nie umarł przecież? Ach, przecież kochane „coco”. Kokainę miał Atanazy.

Przez te parę dni szwendał się po willi jak zbity pies, wdychając tylko rozkoszny zapach cierpienia Atanazego. Widział go klęczącego bądź pełzającego jak robak po różnych kątach, przy łóżku jego i Zosi, na podłogach każdego pokoju (prócz tego Heli), na stole albo pod stołem (jak wtedy, gdy oni razem, tylko teraz nie poił go ani Jędruś, ani alkohol, ani nawet „coco”). Właśnie pomimo tego, a może właśnie z tego konkretnego powodu, nienawidził go teraz. A może raczej nienawidził go takim. Na dnie Jędrusiowego, zmartwiałego, zkokainowanego serca tliła się ulga. Atanazego bowiem można było tylko albo przedawkować, albo odstawić nagle, niespodziewanie, co skutkowałoby dla Łohoyskiego tym samym, czym dla morfinisty brak tego przeklętego alkaloidu. Ach, gdyby Zosia żyła, mógłby dawkować go sobie rozsądnie, z precyzją wprawnego kokainisty, a z czasem Atanazy oczywiście i tak zostawiłby Zosię, ale to wszystko bez znaczenia, niechby związał się nawet z tą, ach, prześliczną (fe!) żydowską demonicą, byleby nie była to śmierć prawdziwa, namacalna, ta, która depcze, zgniata tę piękną wizję własnej, upragnionej śmierci, śmierci o d  t a k  s o b i e! Zresztą może i Atanazy zabije się jeszcze, jeżeli pośpieszy się i nie zdąży z n o w u związać się z życiem tymi podłymi łańcuchami jako każdy brudny niewolnik w tej danej im rzeczywistości. On jeszcze mógłby to zrobić, zanim śmierć odczepi się jak stary rzep od jego zmysłów, od oczu, uszu, nosa, ust… Tak, tych ust, tych które on wtedy, i to jeszcze tak stanowczo. Mimowolnie wszystko stało się tak jak w tę noc, jakby bryła czasu oderwała się stamtąd i krętymi korytarzami Mlecznej Drogi umościła się właśnie w tym swoim fragmencie samej siebie. Było tak, jak gdyby wyjazdu w góry wcale nie było, nie było pojedynku ze Szwedem, ani samobójstwa Zosi. To, co się tylko zmieniło, to jedynie nienawiść do Atanazego, lecz nawet zupełnie nie płomienna ani żarliwa, a nienawiść ostudzona, wyrozumiała, jakby była już dawno przygotowana, przegotowana, wystudzona i oczekująca tylko. Dlatego mógł patrzeć na niego z takim spokojem, a wręcz oziębłością, na jego zamglone, niewidzące, właściwie ślepe oczy i drżące wargi. Atanazy ani razu nie spostrzegł obecności Łohoyskiego w pokoju, zaś Łohoyski zauważył z obrzydzeniem, iż Atanazy wciąż mu się jeszcze podoba. Cieleśnie, oczywiście, choć Bazakbal nie był wcale bardzo piękny, wręcz „drugiego rzędu”, lecz przede wszystkim on n a d a l podobał mu się duchowo! Choć znacznie rozsądniej byłoby posądzać o to Smorskiego (może i on to czuł, tylko nie ujawniał się, skoro w roli podopiecznego miał już Prepudrecha?), Jędrka pociągał ten dawno, dawno już zabity, martwy w zarodku, mały płód dużego artysty Atanazego. Wiecznie dostrzegał go tak wyraźnie w tym nieuzasadnionym niczym poczuciu wyższości, w nic nieznaczących dyskusjach, mowach, które według niego miały przynieść zwycięstwo, a może tylko chwałę. Doprawdy dziwnym było, iż był wyższym od Łohoyskiego, zdawałoby się, także w rzeczywistym, materialnym Bycie, choć cały ten wzrost i tak był wyimaginowany. W Atanazym nie ma przecież artysty, może nawet i nigdy nie było, ale co zrobić z faktem, że jakoś go wciąż widać, i to jak wściekłego Jowisza, który mruga tylko po to, aby się poznać na nim?

W głowie kręciło się okrutnie Łohoyskiemu i czuł, że musi się napić (nic by to nie dało), a przede wszystkim, że musi wrócić, jak najszybciej pobiec pędem, do tego jego, jego – czego? „Śniegu” choć odrobinę musiał na rozjaśnienie umysłu (było to u niego niemal ostatnie stadium, to właśnie, w którym naga rzeczywistość stawała się dla niego ciemnym, chorym wymysłem, potwornym splotem zagadkowych stworzeń, jak ten stół, co to uporczywie trwał na czworaka i płaszczył dziwnie swój grzbiet, niby to przed nim, hrabią, a na dodatek pod stołem znajdował się Atanazy), choć może to wcale nie to, może zamiast tego potrzebował tych roztrzęsionych, niby to w gorączce, Bazakbalowych dłoni, a? Niezależnie od odpowiedzi, źródło, a zarazem rozwiązanie problemu zapalenia „metafizycznego pępka” znajdowało się w tym samym miejscu – czy też osobie. Wiedział, że teraz pozostały jedynie dwie możliwości, dwie fale prawdopodobieństwa – albo może sprawić, iż Atanazy padnie przed nim na kolana, albo on sam będzie musiał pokornie ukorzyć się przed nim. Przeszywająco i boleśnie, a jednak z rozkoszą odczuwał tę uniżoność, zależność jednego od drugiego, choć przecież ten jeden raz byli już tym samym, jednym Bytem, kiedy skurczyli się do rozmiarów kwarku, który zaraz nagle rozepchnął się na objętość Galaktyki, a potem na sąsiednią Andromedę, na Grupę Lokalną, w końcu na supergromadę Laniakeę. A jednak teraz zwichnęło się im to wspólne (w mniemaniu Łohoyskiego) ciało, gdy zostało pozbawione kokainowego łącznika, a później jeszcze spolaryzowane przez Zosiny strzał w serce. Materia jednego mogła teraz jedynie unicestwić antymaterię drugiego, tylko – kto stał wyżej w tym wielkim antyciele? Kto był mózgiem, masochistyczną galaretą, kto sercem-biczownikiem umęczonym własnym dudnieniem, a kto zwykłą jaką kością czy wyłupiastym okiem? Cierpienie Atanazego dawało mu przewagę nad Jędrusiem, owszem, lecz jednocześnie osłabiało go tak, że Łohoyskiemu wystarczyłoby ledwie wziąć go za metafizyczny kołnierz i wpoić mu to, co tylko zapragnie. Bazakbal wionął tak przeraźliwą pustką, że w owym momencie przyjąłby wszystko za jak największą powinność i najwyższą wartość, za którą człowiek może podążać (a może już nie człowiek, tylko Bóg? Taki to był obrzydliwie wyolbrzymiony sens w nieociosanej próżni, gdzie i Najwyższy zapijałby się absyntem, gdyby to było wmówioną wartością). Niemniej Łohoyski nie mógł powstrzymać własnej pokory wobec takiej rozpaczy, a nie mógł też powtórnie uwieść go, ponieważ ponad wszystko brzydził się nim teraz. Zresztą może wcale nie chodziło nawet o niego, może to tylko tak długi brak „coco” dawał o sobie znać.

Wlazł ostatecznie pod ten przeklęty stół. Natychmiastowo poczuł falę przyjemnego (dlaczego?) gorąca, gdy tylko ramię jego zetknęło się z tym Atanazego, który to przechylił głowę w stronę Jędrka razem ze swoim mętnym, choć wciąż jasnym, wodnistym spojrzeniem.

– Rację miałeś, że zguba siedzi w babach, ale zgubiłbym się ponownie, gdyby jedynym ratunkiem okazała się ta prawdziwa „przyjaźń” według twego konceptu – słowa uchodziły z Bazakbala powoli, choć widać było, iż bynajmniej nie dobierał ich z wcześniejszym, znanym tylko sobie uczuciem, które pozwalało pieścić mu każdy wyraz. Na własne swoje słowa stał się obojętnym.

– Odejdź. Nic nie masz mnie do powiedzenia. Białego świństwa nie dam.

Zeszklone oczy jego niespodziewanie roześmiały się, jak gdyby opowiedział wyborny dowcip. Miał jednak rację – Łohoyski faktycznie nie był w stanie wyłuskać z łupiny zaciemnionego umysłu żadnego słowa dla niego. Obu im w tej tam łupinie (choć przecież właśnie jeszcze nie otworzyła się!) skrywało się jedno: samobójstwo – sama idea, a może już zamysł, jakieś niewinne wyobrażenie?

– A gdyby tak, gdyby, samą myślą swoją, władzą umysłu upić się? Gdyby stanowczo rozkazać sobie, mózgowi, istocie szarej czy też białej, hipokampowi, wszystkim neuronom, aby wyjawiły człowiekowi tę nieosiągalną, być może jedyną prawdziwą, nietrzeźwość, nietrzeźwość świadomą? Dalej – a gdyby samą swoją własną, osobistą, nagą myślą – zabić się?

– Nie śnisz ty o tym pierwszy ani nawet drugi, jak ci się, hrabio – tutaj Atanazy wyraźnie ironicznie i drwiąco przeciągnął słowo „hrabio” – zwykło zdawać przez tę krew arystokratyczną, co ci wciąż uderza do głowy. Myślisz ty o mózgu jak o lokajczyku, którym jest zresztą, lecz to sługa roztropny i rzetelny, taki, co to spełnia codzienne powinności, nie zaś dzikie, bezładne żądania pana, który wrócił skądś pijany.

– Ależ czy ja, Taziu, napomknąłem raz chociaż o bezładzie, o niejasności umysłu, o tym, że pan nie wie, o co prosi? Nie – t o właśnie ja nazywam pełnią świadomości i tak to będzie nazwane po mnie, gdy umrę, wobec potomnych. Posłuchaj mnie: gdyby tak doprowadzić – najlepiej wszystkie! – swoje organy wewnętrzne do cierpienia na tyle stężonego, iż one zwyczajnie rozpadną się? Upadną po naciskiem myśli, tej jednej myśli, która jest wszechmogącą! Czy nie kusi cię to, Taziu? Taka śmierć? Gdyby choćby teraz – razem?

– Kusi, ale to jest kuszenie diabła. Ja nie mogę teraz zerwać się z uwięzi wstrętnego życia, zbrzydłego mi oddychania, obrzydliwego tętna. Nie teraz… Później. Właściwie, hrabio – tak właśnie sucho postanowił teraz zwracać się do Łohoyskiego – cóż ty takiego masz mi do zaoferowania? Czy nie będzie to śmierć taka sama jak przy pomocy rewolweru, liny, narkotyku? Czy nie będzie to ta sama hańba, że ja tak, t a k po śmierci Zosi? – w tej chwili zaraz pożałował, że otworzył tak przed Jędrusiem nagość swojej duszy, lecz zdecydował się kontynuować:

– Ty, hrabio, możesz sobie na to pozwolić, ale ja muszę zapracować! Czy aby nie jest to tylko kolejna strategia, aby zdobyć mnie? A może twoją kochaną „coco”? Kogo z nas więcej pożądasz?

– Wstręt, wstręt mam do ciebie, nędzny człowieku! – wydobył ze swoich nędznych wnętrzności Łohoyski – Ale ty jesteś jedyny, ty – wbrew wszystkiemu, co wyznaję.

– Co ty możesz wyznawać, zniewieściały hrabio! Samobójstwo myślą! Mózg mózgowi życie odbiera. Sam siebie likwiduje. Nie… To znaczy tak, masz rację. Tylko to może być prawdziwym samobójstwem, może nawet w ogóle jedynym – wtedy, kiedy naprawdę organ zabija organ, człowiek człowieka… - niespodziewanie złagodniał – tak, mój hrabio (dlaczego pokusił się na zaimek „mój”?), spróbujemy tej twojej zmyślonej śmierci. Spróbujemy!

Jak gdyby na ustalony znak (niczego przecież nie ustalali) położyli się jak dłudzy, obejmując się wzajemnie i stykając czołami. Łohoyski natychmiast zaraził się chorobliwym drżeniem Atanazego i tak wspólnie teraz jedna częstotliwość drgawek łaskotała tę drugą, w ten sposób potęgując się wzajemnie. Obaj, choć każdy z innych powodów, brzydzili się tej nagłej, nieuzasadnionej niczym racjonalnym bliskości-nagości. Tym bardziej ich to podniecało, gdyż wiedzieli, że z tego obrzydzenia połączonego z najwyższą formą cierpienia mózg w końcu zrzyga się i udusi własną wydzieliną. Błyszczące od potu czoła zrosły się w jedno, dwa gorące oddechy po początkowym siłowaniu się ze sobą również złączyły się w ten sam pierwiastek, wielki, szybki, parny wdech i wydech, oczy zaś błyszczały nienaturalnie z pożądania śmierci, a może po prostu drugiego ciała. Cały tlen stał się wyłącznie ich własnością, używali go, wiedząc, że wymieniają go między ustami i smakują po raz ostatni. Było coś okrutnie intymnego w tych kilku wiecznych chwilach, coś zupełnie innego, niż ostatnim razem. Zresztą to nawet nie było t o. Atanazy pomyślał na pół z uciechą, a na pół z przestrachem, że można jednak dojść do głębi Istnienia, spojrzeć mu prosto (lub przynajmniej spod przymrużonych powiek) w oczy bez tego niezbędnego, jak wcześniej mu się zdawało, środka – zbliżenia z kobietą! Łohoyski natomiast pomyślał, że ciało jego i zmysły powinny być właściwie syte i niepożądliwe, a nawet wycieńczone zabawami z górnikami, którym poświęcał się z nudów. Zatem rzeczywiście działa się rzecz nadzwyczajna i dziwna. Obaj mniej lub bardziej zastanawiali się mimowolnie, czy w ten groteskowy sposób żegnają się ze sobą czy witają. Czy po śmierci ciała skupiona w nim energia, której przecież nie można unicestwić, nie przejdzie gdzieś na gołą duszę, bezpłciowy byt? Być może wtedy płeć w ogóle nie będzie potrzebna, by dosięgnąć metafizycznego uniesienia, może w tym odległym Bycie nie będą już brzydzić się sobą? Obu nurtowało pytanie, czy bliźniak wzgardzonego przez nich Istnienia, Nieistnienie, potraktuje ich w ten sam sposób, co tych, którzy przywitali Je w „normalnej” procedurze śmierci – porzucenia człowieka przez upadłe ciało? Czy spotkają tę samą nicość, czy też zupełnie inną, czy czeka ich antynicość po tej jakże przeciwśmierci, śmierci na odwrót, śmierci nie po kolei?

– Hrabio… Były człowieku, denna istoto pozbawiona własnego początku – poprawił się (nigdy więcej nie wrócą do człowieczeństwa, a hrabia nigdy już nie będzie hrabią) – to my sami porzucamy to wyuzdane, niepotrzebne więcej ciało, nawet jeśli to fizyczne świństwo będzie błagało i miotało się pod nami w pokornych konwulsjach.

– To my, właśnie nas dwóch stanie się teraz samozwańczym bóstwem Nieistnienia, wspólnym Bytem władającym śmiercią. Będziemy razem nawet bez złączenia naszych nieistniejących ciał, staniemy się tą samą wieczną ideą, do której tak usilnie, a bezowocnie próbują dojść filozofowie całego Wszechświata.

– A co z Bogiem katolickim, żydowskim, muzułmańskim? Cóż Oni poczną przed naszym strasznym, nieistniejącym obliczem?

Łohoyski w tym momencie posmutniał i stracił cały zapał. Nie chodziło o Boga oczywiście, tylko o łagodne, wąskie usta Atanazego, które szeptały z takim wdziękiem, w dodatku właśnie do niego – w c i ą ż  j e s z c z e człowieka. Znać było, że ów piękny aparat gębowy na nowo pokochał zrodzone przez siebie dzieci-słowa. Jak sztylet pchnął Jędrka fakt, że jednak nie może obyć się bez ciała, że nadal, wciąż cały czas chciałby przysunąć do tych żyjących i oddychających ust swoje własne fizyczne, cielesne wargi. A były na tyle blisko, że słowa wydobywające się z nich muskały zaczepnie twarz Łohoyskiego, intensywność każdego wyrazu sprawiała, iż skąpany był jak we wrzątku. Usilnie powtarzał sobie, że ciało, to niewdzięczne ciało powinno być zaspokojone, że specjalnie było zaspokajane wcześniej, aby teraz nie musieć mu ulec. „Przeklęte metafizyczne narkotyki” pomyślał jeszcze-nie-były-hrabia (był gdzieś w gęstej zawiesinie pomiędzy tym światem rzeczywistym, a tamtą nicością) o swoim pociągu do Atanazego, który tak bardzo drażnił go i więził na łańcuchu – jak się okazuje silniejszym nawet od kajdan tak pierwotnego i prymitywnego pragnienia życia. Bazakbal zaś, mimo że to on zadał pytanie zawierające pewne powątpiewanie, w pełni uwierzył we własną boską naturę, nabrał nagle ogromnej pewności, że dziś jeszcze, dzisiaj, uda im się ulecieć z ciała przez samą tylko myśl i nieokiełznaną, dziką chęć ku temu. Zgodził się nawet na to, że mogliby razem (wstrętne słowo, które jakoś przełknął, choć z odruchem wymiotnym) stać się bogiem – Nieistnieniem – bowiem wiedział, że jego metafizyczny pępek miał znacznie silniejsze pole grawitacyjne i ostatecznie pochłonie ten drugi, nieudolny składnik przyszłego Nieistnienia, znajdujący się w Łohoyskim. Wiedział dobrze, że ten układ podwójny będzie tylko okresem przejściowym, gdyż on, Atanazy, i jego myśl zapadnie się ostatecznie pod swoim ciężarem, aby stworzyć supermasywny Byt, który zmiecie kokainistę-arystokratę. W tym czasie tak różnych, przeciwnych sobie rozmyślań Jędrek w końcu zdobył się na nic nieznaczącą, pustą odpowiedź:

– Bogowie (a może tylko jeden?) przywitają nas jak swojego bądź, równie dobrze, będą próbowali unicestwić, zlikwidować, zgnieść bożka-robaka. Jeszcze nauczymy się życia, czy też nie-życia pośród bogów.

– Może my – wzdrygnął się przy tym zaimku, choć wiedział, że ten tylko jest p r a w d ą, że już nie ma odwrotu – nie jesteśmy wcale pierwsi. Może bogowie Istnienia od wieków skazują swego antyboga, złego brata bliźniaka na wygnanie, zaś On przez takie bydlęta jak my musi się wciąż tylko odra- – tutaj feralnie nie dokończył swojej myśli, gdyż Łohoyski, który nie mógł już dalej znieść podnieconego, rozgorączkowanego spojrzenia Atanazego, rumianych, niemal pijanych policzków, nawet tych błyszczących na czole kropel potu układających się w gwiazdozbiór Oriona, pocałował go, połykając tym samym każde słowo, które nie zdążyło ulotnić się w powietrzu. Lubił ich dźwięk, tych Bazakbalowych słów, lubił wibracje, które zostawiały po sobie w przestrzeni, lubił szorstkość tych ust, ale to właśnie ich – i wszystko inne – zgubiło, poddało podłej cielesności i zwykłemu pożądaniu, takiemu jak każde na tej spodlonej niebieskiej planecie, odczuwanemu przez ludzi, ale nie przez bogów.

Gdy Łohoyski odsunął się nieznacznie, dostrzegł furię i ogień w uprzednio wodnistych oczach Atanazego, który jednak nawet nie zwiększył dystansu między nimi, trwał tylko, w dalszym ciągu spazmatycznie drżąc. Obaj wciąż leżeli pod stołem na czerwonej, zimnej podłodze w szczelnym, wzajemnym objęciu, z tą różnicą, że nie stykali się już czołami – teraz, z tej perspektywy mogli patrzeć na siebie dokładniej i bardziej przenikliwie. Bazakbal nagle roześmiał się, jakby nie rozumiał, że teraz naprawdę wszystko skończone (Jędruś był święcie o tym przekonany), jakby bawił go ten upadek z klifu boskości na zwykły, powszedni piach ludzki, jakby nie wiedział, że jeżeli nie zahamuje reakcji łańcuchowej, to żądzy Łohoyskiego już nie poskromi i skończy się to tak, jak wtedy, pod tamtym stołem.

– Tyle razy odgrywałem swoją śmierć, tyle razy umierałem na próbę, że znam już śmierć na pamięć jak tabliczkę mnożenia, a mimo tego w żadnej z tych chwil zgonu nie całował mnie mężczyzna. Przede wszystkim nie przewidziałem, że jednak mimo wszystko nabiorę się na twoje sztuczki, że ponownie uwiedziesz mnie jak nieświadomego niczego pachołka! Tym razem nie potrzebowałeś nawet kokainy, choć wiesz dobrze, że trzymam ją wciąż przy sobie… Brawo, wystarczyło, że połasiłem się na tę śmierć wolną od spodlenia się…

– Nie, nie, ja nie chciałem… To nie było t o… - skamlał jak nędzny, żałosny kundel – ja jednak nie mogę tak samoistnie, ja jednak muszę z czymś, dla czegoś, przez coś…

To powiedziawszy, Łohoyski zaczął sunąć powoli dłonią po drgającym ciele Atanazego, który natychmiast spiął się, przekonany, że to jedynie kolejna perwersja hrabiego, której zresztą był już gotów się poddać. Wycieńczony łzawymi dniami i nocami, przyzwyczajony do uniżonego pełzania jak robak, mógł równie dobrze oddać mu się teraz całkowicie (byłoby to lepsze niż oddanie się Heli, to znaczy t a m t e j, stwierdził z przestrachem), opaść na te rosłe ramiona i nie wstać, już nigdy nie wstać – skończyć jak ta szumowina. Ludzie powiedzą później, że zmarł podczas jednej z hrabiowskich orgii, którego (hrabię) podniecało jego cierpienie i nic więcej, a tylko bezpośredni powód zgonu będzie niepewny – z rozpustnej przyjemności czy z nieszczęścia, z bólu, który wykończył ten nieudolny umysł i ciało? Teraz obaj niemożliwie bardzo płaszczyli się przed sobą wzajemnie, tak bardzo, że nie wiadomo, kto był pod kim albo kto komu się oddawał. Jednak Jędruś, wsunąwszy już dłoń za kamizelkę Bazakbala, nagle szybko ją cofnął, wyciągając zza pazuchy niewielki rewolwer bębenkowy, jeden z kilku, które Atanazy posiadał. Gdy wcześniej leżeli niemal na sobie, próbując zabić się w ten pijany, groteskowy sposób, Łohoyski wyczuł wybrzuszenie pod cienkim, zmiętym materiałem, uznał to jednak wtedy za ostatnią i ostateczną deskę ratunku, gdy wszystko inne zawiedzie. Teraz pozostało im tylko to, nic innego już nie mieli. Kiedy Atanazy spostrzegł swój rewolwer (zapomniał o nim – pamiętał jedynie o szklanej rurce ze względu na zaloty Jędrka) spuścił jakby nieśmiało wzrok i z lekko wyczuwalną nutą wstydu w głosie powiedział:

– To tak na wszelki wypadek, Jędrek.

Łohoyski położył rewolwer na okrutnie czerwonej podłodze w równej odległości między każdym z nich – delikatnie, jak gdyby trzymał świętą relikwię. Milczeli. Obaj wciąż jeszcze w niewytłumaczalnym transie, z umysłami zanurzającymi się już powoli w słoju z próżnią, tępo patrzyli to na siebie (niby wiedzieli, że tam przed jednym jest twarz tego drugiego, ale jej nie widzieli), to na broń, która nagle stała się zagadkowo wyostrzona i wyraźna, prawie w ten sposób, w jaki piękna staje się ta losowo wybrana przez mózg rzecz po kokainie. Właśnie – kokaina…

– Może coś na odwagę, Taziu? – zagrzmiał w ciszy głos Łohoyskiego.

Atanazy dobrze wiedział, co Jędruś miał na myśli i już sięgał do kieszeni po pięćdziesięciogramową rurkę białego proszku. Zobaczył blask w oczach kokainisty i może właśnie dlatego wciąż trzymał rurkę niepewnie w dłoni, delikatnie obracając ją w palcach na poziomie zielonych oczu naprzeciwko.

– Nie mogę z pewnością żyć, to jest wykluczone, nie mogę znieść koszmaru jawy, ale jednocześnie drżę – sam widzisz – ze strachu przed nieżyciem, zaś snem brzydzę się piekielnie. Już żaden stan umysłu mi się nie ostał.

– Żaden – za wyjątkiem „coco”?

– Nie, nie, to wciąż jest ta bezlitosna jawa, jedynie nieco bardziej wyrozumiała dla biednego człowieka, ale to nadal kłamstwo – kuszące pięknem i zabawiające pływającą przed oczami dziwnością – ale nadal kłamstwo, w które wierzą tylko ślepe bydlęta idące za uzależnieniem, nudą, kaprysem albo bólem. Ten fałsz, ta obłuda brzydzi mnie właśnie najbardziej, bo to jest wprost pozwolenie się uwieść, jakby sobie samemu założyć smycz i tak dać się prowadzić. Już ty, Jędrusiu, lepszy jesteś od kokainy, bowiem – strach pomyśleć – twoje uwiedzenie mnie zostawiło realny ślad na moim pępku metafizycznym, przez tę parę chwil byłem naprawdę w drodze między Mleczną Drogą a Andromedą i rzeczywiście tułałem się przez Mgławicę Kraba. Niespokojny jak pulsar uszczknąłem ten mały, ale smaczny kawałeczek tajemnicy Istnienia, którym pogardzam, a przed którym wciąż klęczę. Teraz mam po tym własną kosmiczną pamiątkę – i to „męską” – w odróżnieniu od reszty tych „żeńskich” pocztówek po zwiedzaniu nieskończonych obłoków gazu i pyłu międzygwiezdnego. Po kokainie zaś – piękne nic, zjawiskowa, zniewalająca pustka, a co gorsza – n i e n a s y c e n i e.

Podniecony własną mową, wysypał bezmyślnie, jakby odruchowo szczyptę na lufę rewolweru, a następnie szybko zażył.

– To na odwagę – wyjaśnił, wycierając nos wierzchem dłoni.

Łohoyski natychmiastowo zabrał Atanazemu rurkę i sam przeznaczył sobie znacznie hojniejszą dawkę.  Zaledwie po paru chwilach (i jeszcze paru szczyptach) twarz jego nabrała koloru, rozświetliła się niemą, pustą euforią.

– Teraz, teraz, teraz już możemy. Kto pierwszy? Taziu, psiakrew, jaki ty masz śliczny, śliczniutki ten rewolwer! Daj go tu no, co za metal… mięciutki…

Zaczął przymilać się do rewolweru, ocierać o niego jak kot i głaskać (już z powrotem jak człowiek). Atanazy, jeszcze zachowujący nieco trzeźwości umysłu, spoglądał z niesmakiem na tę scenę, czekał, czy może Jędrek nie wystrzeli w siebie przez przypadek, czy w swej ekstazie nie pociągnie przez przypadek za spust – wtedy byłoby mu łatwiej. Zresztą teraz to i tak już bez znaczenia, był już za daleko, gdyby kto zobaczył ich teraz, byłby na zawsze zhańbiony i za samobójstwo, i za przeżycie, jeżeli to byłoby mu dane. Znudziwszy się czekaniem i jego nieudolnością, odebrał mu rewolwer, który tak bardzo sobie teraz upodobał, i włożył go do ust. Zadrżał od kontaktu z zimną lufą, ale Łohoyskiego w tym momencie przeszedł dreszcz znacznie potężniejszy – jak w febrze. Po pierwsze: dlaczego Atanazy zawłaszczył sobie ten wspaniały, piękny, świetlisty przedmiot, który tak przyjemnie lizał go swoim kolorem? Po drugie: dlaczego przedmiot ów dotykał tych ust tak intymnie, tak lubieżnie, podczas gdy to Jędruś chciałby je całować? Po trzecie: nie pamiętał już, co było po trzecie, ale to, co musiał zrobić było wyjątkowo jasne, proste i przyjemne. Wyrwał Bazakbalowi broń, tym samym przesuwając jego palce tak, że mimowolnie zacisnęły się na spuście. Huk poniósł się po wysokim sklepieniu willi, a Łohoyski odrzucił rewolwer jak poparzony. Pocisk poleciał gdzieś w górę, a może w bok, to bez znaczenia, żaden z nich nie popatrzył nawet w tym kierunku. Jędruś od razu sięgnął zaraz ku skamieniałemu (z przerażenia? z rozczarowania? ze zwykłego zaskoczenia?) obliczu Atanazego, całując go celnie (jak na przyjętą dawkę „coco”) w usta, już po raz drugi w ciągu tego dnia. Ten jednak, zaledwie rozjuszony małą dawką kokainy, może wręcz otrzeźwiały w związku z jej przyjęciem, próbował odciągnąć go od siebie już z wyraźnym obrzydzeniem. W tej właśnie chwili zjawiła się, być może zwabiona odgłosem wystrzału, Hela, która najwyraźniej postanowiła udawać, że nie obchodzi jej wcale ta męska plątanina rąk i nóg pod stołem, że przechodzi tylko przez salon, aby udać się gdzieś indziej. Gdzie jednak mogła się udawać – nie wiadomo – z pewnością nie poza willę, ponieważ była boso. Spojrzała obojętnie, przelotnie znad przymrużonych, skośnych oczu, ale trafiła dokładnie właśnie na Atanazowe źrenice. Gdy tylko wyszła, Bazakbal pośpiesznie uciekł z objęć Łohoyskiego, wyszedł spod tego przeklętego stołu – stanął na obie nogi! (nie robił tego od tych kilku dni) – i otrzepał się. Zaczął gorączkowo chodzić w tę i we w tę, powierzchownie układać swoje włosy, aż w końcu wybiegł w losowo obranym kierunku, sprawdziwszy tylko uprzednio, czy nie zapomniał ponownie schować rurki do kieszeni – była.

Jędruś tymczasem pozostał pod stołem, co jakiś czas chichocząc do siebie i mamrocząc coś, że nie wie, dlaczego wymyślono tytuł hrabiowski, że on w to wcale nie wierzy, ale jeszcze nawróci wszystkich na życie godne boga w prawdziwej Nicości. Natomiast Atanazy wbrew pozorom bynajmniej nie wystraszył się tak wzroku Heli, a Zosi. Wtedy, kiedy czuł już tę kulę rozrywająca mózg na strzępy, zobaczył te przenikliwe, załzawione niebieskie oczy. Przeraził się okrutnie, że nie będzie to moment zasmakowania tej nanosekundy nicości, którą może poczuć jedynie mózg zmasakrowany, ale wieczność wypełniona Zosinym żalem do niego, sięgająca aż po metafizyczny pępek. Jeszcze nie mógł, jeszcze nie był gotów się rozliczać – nie teraz. Później.