Actions

Work Header

Rating:
Archive Warning:
Category:
Fandom:
Relationship:
Characters:
Additional Tags:
Language:
Polski
Series:
Part 4 of O Święci Patroni...
Stats:
Published:
2016-04-16
Completed:
2016-04-16
Words:
18,453
Chapters:
9/9
Kudos:
3
Hits:
133

Numeri

Chapter 1: Kim Jest Ta, Co Się Wyłania Z Pustyni

Chapter Text

Prawdę powiedziawszy, nie do końca wiedziała, czego dokładnie oczekiwała wstępując do Świętych. Jasne, w teorii zdawała sobie sprawę, że są największym i najbardziej zajebistym gangiem ulicznym na świecie, jednak dopiero po staniu się ich częścią zrozumiała, co to tak naprawdę oznaczało. Z jednej strony, jako szczęśliwi posiadacze prywatnego klubu nocnego mogli w zasadzie ot tak urządzać nieziemskie imprezy, mieli też dostęp do najlepszych dragów w stanie i tyle alkoholu, ile tylko sobie potrafili wyobrazić, z drugiej zaś, cóż… Bycie jednym z nich wiązało się z pewnymi konsekwencjami. I nie chodziło tutaj nawet o takie drobiazgi jak rany postrzałowe czy perspektywa spędzenia paru lat w zakładzie penitencjarnym, phi, kto by zwracał uwagę na takie rzeczy? Osobowość ich legendarnego przywódcy była o wiele bardziej rzeczywistym problemem, bowiem dotykała ich na każdym niemalże kroku.

W pierwszej kolejności należało zwrócić uwagę na fakt, iż co jakiś czas zarządzał, by wszyscy jego podwładni (za wyjątkiem poruczników i podporuczników) ubierali się tematycznie. Dziwki i Alfonci, Lata 80, Striptizerki – w zasadzie przerabiali wszystkie schematy marnych balang kostiumowych. Nie, żeby bardzo jej to przeszkadzało, w końcu to tylko łachy (w których, nawiasem mówiąc, prezentowała się całkiem seksownie), jednak paradowanie po Steelport w stroju S&M było już pewną, co tu dużo mówić, przesadą. Drugim problemem związanym z Bossem było jego marne oko. W zasadzie przy każdej większej strzelaninie dostanie kulki od niego było tak samo prawdopodobne, co oberwanie od przeciwnika. Jedynym sposobem, by się przed podobnym fatum uchronić, było nie wchodzić mu na muszkę i szybko reagować na dźwięk wystrzeliwanej rakiety. Naturalnie było to trudne podczas bitwy, tym niemniej inne środki zaradcze zwyczajnie nie istniały i należało się z tym smutnym stanem rzeczy pogodzić. Nie, żeby w innych okolicznościach Szef nie stanowił dla swych podwładnych zagrożenia – jego sposób prowadzenia pojazdów sprawiał, że śmierć mogła czyhać na dowolnym skrzyżowaniu w całym mieście.

Jak na przykład w tym przypadku.

Generalnie było tak: ot po prostu szła sobie, rozmyślając o prywatnych sprawach dotyczących zakupów odzieżowych w Planecie Świętych oraz obejrzeniu powtórki ostatniego odcinka ulubionego serialu, gdy nagle, nie stąd ni zowąd, pojawiło się pomalowane na wściekle fioletowy kolor auto i o mało jej nie roztarło na miazgę. Na szczęście udało jej się w ostatniej chwili odskoczyć i potoczyć na trawnik, dzięki czemu uniknęła poważniejszych obrażeń, jednak i tak serce miała w przełyku.

– Mama przeprasza! – Najświętszy Spośród Świętych wypadł zza kierownicy i pomógł jej wstać: – Nic ci nie jest?

– Nie… – Na chwilę obecną była w takim szoku, że pewnie nie zwróciłaby uwagi nawet na brak kończyny: – Chyba…

– To cudownie. – Niemalże zawsze towarzyszący ich wodzowi Kowboj zachęcająco otworzył drzwi: – Jedziesz z nami.

Wprawdzie głosik z tyłu głowy podpowiadał jej, że pożałuje posadzenia swego tyłka w tym aucie, ale też z drugiej strony, niespecjalnie miała wybór – byli w końcu jej zwierzchnikami i niejako jej obowiązkiem było wykonywanie ich poleceń. Tym niemniej, wyruszenie z nimi w podróż (jakikolwiek by nie był jej cel) oznaczało, że przynajmniej kilka minut spędzi w dwuśladzie prowadzonym przez Bossa, co z jakiegoś powodu nie napawało jej optymizmem. Całkowicie słusznie zresztą. Nie zdołali nawet przejechać jednego skrzyżowania, a już im się udało zepchnąć na pobocze dwa samochody, wystrzelić jednego motocyklistę w kosmos oraz rozjechać dwóch policjantów. Jakim cudem ich samochód jeszcze trzymał się kupy, pozostawało dla niej tajemnicą, jednak na wszelki wypadek wolała nie zgłębiać tego tematu – a nuż dowiedziałaby się czegoś, co zepsułoby jej mózg dokumentnie.

– Jeeebieeemieeetooo… – powtarzał monotonnym tonem Major: – Jeeebieeemieeetooo…

– Słucham? – spytała, odruchowo zapinając pasy.

– Nie przejmuj się, to jego mantra podróżnicza. – Kierownik z niezmąconym spokojem staranował wóz transmisyjny: – Dzięki temu nie wrzeszczy na mnie jak prowadzę.

– Aha… – Nie była pewna, czy aby na pewno to rozumie, ale widocznie nie musiała: – A gdzie tak w ogóle jedziemy?

– Jeśli dobrze zrozumiałem naszego informatora, ludzie w przebraniu maskotek zamierzają skaptować kolejnych wyznawców przy „Udawajmy”. – Przywódca Świętych uśmiechnął się paskudnie: – Więc skopiemy im ich włochate dupska.

I w tym momencie nie bardzo wiedziała, co było największym błędem jej życia – wstąpienie do tego konkretnego gangu, czy przyjechanie do Steelport.

Prawdopodobnie oba.