Chapter Text
Steve przez sporą część swojego życia sądził, że jeśli porzuci mundur Kapitana Ameryki, to przestanie być potrzebny, zniknie w tłumie zwykłych ludzi, każdy o nim zapomni w nowym stuleciu i będzie nikim, a najwyżej jednym z wielu.
Porzucenie tarczy okazało się być jednak równie bezbolesne, jak nauka poruszania się po Nowym Jorku bardziej nowoczesną wersją metra, które znał sprzed wojny – wszystkie przysłowia o tym, że strach ma wielkie oczy były prawdą, bo wraz z porzuceniem pełnego etatu ikony patriotyzmu, Steve nie zniknął. W nowym stuleciu stał się przede wszystkim kochanym mężem, troskliwym ojcem, mentorem i przyjacielem.
Nawet nie musiał wychodzić z roli obrońcy, ponieważ nadal chronił i dbał o bezpieczeństwo, chociaż na dużo mniejszą skalę. Uwielbiał obserwować, jak Tony rozluźniał się u jego boku w miejscu publicznym, gdy to Steve przejmował zadanie pozostawania czujnym, lustrowania tłumu i nasłuchiwania podejrzanych rozmów.
Steve kochał radosny uśmiech swojej córki, gdy bawiła się na placu zabaw pod opieką ojca, czyniąc z "taty w trybie patrolowania" ich wewnętrzny żart. Morgan kiedy salutowała po zjechaniu ze zjeżdżalni wyglądała rozczulająco.
Kochał swoją nową rzeczywistość – zamianę kostiumu Kapitana na fartuch kucharza, tarczy na frisbee, kiedy bawił się w parku z obojgiem swoich dzieci i zamianę przesiadywania wieczorami nad raportami z misji na zeszyty pełne liczb i nierozwiązanych zadań.
Steve odetchnął głęboko, gdy korzystali z pięknej pogody tej jesieni, spędzając większą część popołudnia na placu zabaw. Tony wpadł w twórczy wir w laboratorium, a Peter pewnie zaprosił do Wieży swojego przyjaciela, by się nie nudzić, a Steve z przyjemnością doglądał bawiącej się córki, a w międzyczasie wypełniał rysunkami swój jeden z wielu szkicowników.
Ulubiony park Morgan znajdował się zaledwie kwadrans drogi od domu i był oblegany przez mnóstwo dzieci w podobnym wieku, które również były pilnowane przez swoich rodziców, a w szczególności przez kochające plotki matki. Oczywiście Steve tylko dużym wysiłkiem woli i umiejętnością filtrowania dźwięków otoczenia potrafił skupić się na szkicu zamiast na szeptach dwie ławki dalej. Nie pierwszy raz spotkał się z taką reakcją na swoją osobę, ale to był pierwszy raz, gdzie najwyraźniej najodważniejsza z grupy postanowiła zrobić prawdziwy ruch.
Dotąd jedynie wysłuchiwał spekulacji dlaczego zawsze sam pojawiał się z córką, gdzie jest jej matka, jak sam dawał radę z pracą, wychowaniem i jeszcze oddawaniem się swojemu hobby. Trudno stwierdzić dlaczego samotny ojciec na starcie zyskiwał w oczach innych rodzicielek, ale to nie tak, że Steve gdziekolwiek wybierał się bez pierścionka, który założył mu Tony na ślubnym kobiercu. Co ciekawsze, żadna z pań nie rozpoznała go i najwyraźniej albo milczały na temat jego obrączki, albo udawały, że jej nie zauważały. Pewnego razu jedna tak ostentacyjnie zaczęła zachwycać się jego relacją z Morgan, że Steve miał wrażenie, że kobieta zaraz zemdleje, wyliczając wszystkie urocze przymiotniki jakie znała, jakby fenomen zaangażowanego w wychowanie ojca był takim samym zjawiskiem jak spotkanie jednorożca.
Najgorsze były te rozmowy idące daleko poza ciche pytania, kiedy Steve, dzięki Bogu nieświadomie dla nich, wysłuchiwał jak potrzebowałyby w domu tak dobrego faceta, a jeszcze lepiej w ich łóżku.
Od tamtego czasu Steve nauczył się z konieczności wyciszać szepty.
Więc kiedy cudownym przypadkiem wyłapał plany najodważniejszej z nich i usłyszał zbliżający się stukot obcasów, starał się nie panikować. Ukradkiem spojrzał jeszcze na Morgan, siadając prościej ze szkicownikiem w dłoni i na wszelki wypadek zerkając na serdeczny palec, gdzie jasny dowód jego związku powinien kłuć w oczy. Steve z pewnością będzie go musiał jakoś sugestywnie zaprezentować.
***
Kiedy godzinę później wracali do domu, Steve był w dobrym humorze, a napięcie zdążyło już z niego ulecieć. Miał nadzieję, że jego córka nic nie zauważyła, więc nie czekał go konkurs dwudziestu pytań, jednak limit swojego szczęścia na ten dzień już musiał wykorzystać.
– Tato, co chciała od ciebie mama Amber? – spytała zaciekawiona Morgan, spoglądając na niego swoimi ufnymi oczami, jednak nie puszczając jego dłoni, jak zawsze, gdy przemierzali nowojorskie chodniki.
Steve westchnął, powstrzymując dreszcz, gdy przed oczami pokazało mu się wspomnienie najbardziej krępującej rozmowy tego roku, kiedy brunetka z naprawdę głębokim dekoltem i mocno wyperfumowanymi skrzydłami w kolorze zieleni potrzebowała aż pięciu minut, by zorientować się, że nic nie ugra. Kapitan dawno tak bardzo nie musiał się starać, by zachować uprzejmość i coraz dosadniej odmawiać oraz unikać kolejnych prób naprawdę niskiego lotu flirtu. Kiedy żaden argument wydawał się do kobiety nie docierać, Steve kulturalnie ujął dłoń kobiety, podniósł ją na wysokość ich oczu, po czym bezceremonialnie obrócił, by ta nie mogła przegapić obrączki. Sfrustrowany naciskaniem i niechcianym wymuszeniem znajomości dodał dobitnie, że jest w stałym oraz cudownym związku i nie zamierza tego zmieniać.
Nigdy nie lubił kłamać, dlatego poświęcił chwilę, by prawdę ubrać w wersję dobrą dla siedmiolatki.
– Ta pani myślała, że jestem samotny, bo nie wiedziała, że jestem z twoim tatą – odparł najprościej jak potrafił Steve.
– Naprawdę?
– Tak, kochanie.
– Ale jesteś szczęśliwy, prawda? – dopytywało dziecko, a blondyn w szoku zatrzymał się w miejscu, by spojrzeć na córkę. – Mama Amber cię pod-podrywała, ale jej odmówiłeś?
Musiał przestać zapominać, że Morgan powoli staje się równie bystra, jak jej brat i nie dziwić się, że w tym wieku zna znaczenie słowa podryw, potrafiąc łączyć niepełne informacje i samej wyciągać wnioski. Steve odciągnął ich na bok, pod witrynę sklepu, by nie denerwować przechodniów, nim przykucnął, tak jak zawsze uwielbiał robić, gdy omawiali coś poważnego, co zwykle kończyło się przytuleniem i wyznaniem miłości.
– Oczywiście, że jestem szczęśliwy. I całe pięć minut próbowałem mamie Amber podpowiedzieć, że jestem zajęty. Dotarło do niej dopiero, gdy pokazałem jej to – oświadczył blondyn, unosząc dłoń, dokładnie w ten sam sposób, jak zrobił to z nachalną kobietą, jednak tym razem zrobił to z przyjemnością i uśmiechem. – Nigdzie się nie wybieram, kochanie, więc nie musisz się martwić.
Dziewczynka uśmiechnęła się, nim zarzuciła ramiona na jego szyję, co Steve słusznie przewidział i również otoczył ją rękoma, nim ucałował skroń. Kiedy się rozdzielili, a Steve wstał, by ruszyć ponownie w stronę Wieży, Morgan dodała:
– To dobrze, bo i tak nie lubię Amber.
