Actions

Work Header

Szmer Duszy

Summary:

Harry Potter od lat znał życie jedynie w cieniu swojej siostry i było mu z tym dobrze.
Czy seria różnych niefortunnych zdarzeń może zachwiać naturą człowieka?
Cały czarodziejski świat będzie miał szansę poznać odpowiedź na to pytanie.

Notes:

Ta opowieść jest moim sposobem na poradzenie sobie ze stratą, traumą i depresją, dlatego nie oczekujcie zbyt wiele.
Mam już napisanych kilka pierwszych rozdziałów i planuję publikować raz w tygodniu. Na razie są one raczej krótkie, ale wszystko może się zmienić z czasem.
Ta historia nie jest planowana. Staram się ją pisać "na żywca", aby odzwierciedlić mój aktualny stan, dlatego sama nie wiem, w jaką stronę to wszystko zawędruje. Głowę mam pełną pomysłów, więc liczę na to, że wytrwam do końca.
Nie wiem, czy ktokolwiek będzie to czytał, ale wszystkie komentarze są mile widziane. Powinnam przeżyć konstruktywną krytykę.
Miłej zabawy.

Chapter 1: Prolog

Chapter Text

 

17 marca 1997 roku

W Wielkiej Sali panował typowy dla niej gwar. Zarówno uczniowie, jaki i nauczyciele Hogwartu zajmowali się swoimi sąsiadami i jedzeniem. Nikt nie zważał na swoje otoczenie z wyjątkiem kilku plotkar i plotkarzy, którzy niezbyt subtelnie zerkali lub wskazywali przedmioty swojego ostatniego zainteresowania. Z tego właśnie powodu wszystkim zebranym zajęło to kilka dłuższych chwil, by zauważyć zamieszanie przy stole Gryffindoru. Mniej więcej po środku zebrała się grupa stojących gryfonów i zdawał się tam panować chaos.
Wszystko wskazywało na jakiś poważniejszy wypadek. Gryfoni zdawali się kogoś otaczać i przekrzykiwali się nawzajem, Nie minęło dużo czasu, gdy dołączyła do nich grupa ciekawskich członków pozostałych domów. W całym tym zamieszaniu nikt nie słuchał McGonagall, która próbowała przecisnąć się przez chmarę nastolatków, by pomóc potencjalnemu poszkodowanemu. Dopiero magicznie zmodyfikowany, doniosły głos dyrektora zrobił jakąkolwiek różnicę.

- Uczniowie! Proszę wracać na swoje miejsca i pozwolić kadrze profesorskiej na rozwiązanie tej sytuacji! – nakazał Dumbledore, nieco tracąc nutę miłego staruszka w swoim głosie.

Zajęło to trochę czasu, ale uczniowie w końcu się rozeszli, robiąc miejsce profesorom. Na podłodze przy stole Gryffindoru znajdowała się skulona, wijąca z bólu postać. Jej jedynym znakiem szczególnym były rude włosy, teraz zmierzwione u nieco wilgotne od potu.

- Sevserusie! – zawołała McGonagall, nie potrafiąc ukryć paniki w głosie – Severusie, będziemy potrzebować twojej opinii! Pan Weasley chyba został otruty!

W całej Wielkiej Sali zapadła grobowa cisza. Po chwili, która zdawała się trwać wiecznie, przerodziła się ona w panikę. Uczniowie zaczynali przekrzykiwać się nawzajem, odskakiwać od stołów i odrzucać jedzenie, jeśli jakieś znajdowało się w ich rękach. Nikt już nie był w stanie zapanować nad chaosem. Uczniowie bojący się o swoje życie nie mieli zamiaru po raz kolejny przystosować się do poleceń dyrektora. W końcu co, jeśli oni też zostali otruci? Żadne z nich nie chciało zakończyć na podłodze w konwulsjach, tak jak Weasley. Dumbledore powinien coś zrobić , a nie tylko na nich krzyczeć!

- Każda osoba, która się teraz nie opanuje, do końca swojej hogwarckiej kariery będzie spędzać ze mną wszystkie szlabany! – rozbrzmiał tnący głos Severusa Snape’a.

Niewielu było takich, którym trzeba było to powtarzać dwa razy. Każdy uczeń posiadał znaczną ilość strachu przed swoim profesorem Eliksirów. Zaczęli pospiesznie wracać na swoje miejsca, a gdy już tam się znaleźli, odsuwali talerze jak najdalej od siebie, by nawet nie czuć zapachu potencjalnie zabójczej kolacji. Wszyscy siedzieli jednak sztywno od napięcia.
Severus Snape natomiast już zbliżał się długimi krokami do nieszczęsnego gryfona w towarzystwie swoich trzepoczących szat. Nie marnując czasu na zbędną wymianę zdań z resztą profesorów, wyciągnął szybko różdżkę i zaczął bezgłośnie rzucać zaklęcia. Jego twarz nawet w najmniejszym stopniu nie zdradzała tego, co właśnie odkrywał w ciele Ronalda Weasleya. Jego ruchy jednak w pewnym momencie stały się bardziej gwałtowne. Zaczął też gorączkowo przeszukiwać kieszenie swoich szat. W końcu wyciągnął jakąś fiolkę i bezzwłocznie podał ją ofierze, Konwulsje gryfona nieco zmalały, ale nie zapowiadało się na koniec jego męk.

- Minerva, musimy go natychmiast zabrać do Skrzydła Szpitalnego. Nie jestem mu w stanie pomóc z tym, co mam przy sobie – głos Snape’a nie pozostawiał miejsca na dyskusje.
Profesorowie działali szybko. Gdy McGonagall i Snape ruszyli do Skrzydła Szpitalnego z Ronaldem Weasleyem lewitującym za nimi, reszta kadry nauczycielskiej starała się przywrócić porządek pośród uczniów. Zadanie to nie należało do najłatwiejszych, ale ostatecznie każdy z uczniów znalazł się bezpiecznie w swoim łóżku, co pozwalało profesorom na spokojne przeprowadzenie śledztwa. Wiedzieli, że znalezienie trucizny może być jedynym sposobem na uratowanie młodego Weasleya.

W Skrzydle Szpitalnym Madam Pomfrey krzątała się energicznie przy pacjencie, podczas gdy Severus Snape próbował wszystkich swoich sił w przybocznym laboratorium, by posiadając tylko próbkę krwi wytworzyć antidotum dla poszkodowanego. Jednak z każdą mijającą chwilą zaczynali sobie zdawać sprawę z tego, że ich starania mogą okazać się bezskuteczne. Nie zamierzali natomiast dzielić się swoimi spostrzeżeniami z kłócącymi się McGonagall i Dumbledorem.

- Ty chyba nie jesteś poważny, Albusie – rozległ się szkocki akcent – To jest próba morderstwa! Musimy powiadomić Aurorów i Świętego Munga!

- Uspokój się, moja droga. Wciąż nie wiemy, co się stało. To wszystko może okazać się tylko nieszczęśliwym wypadkiem, nie ma co niepokoić służb bez powodu.

- Bez powodu? Bez powodu! Czy ty się w ogóle słyszysz?! Jeden z moich uczniów umiera! Rób, co chcesz. Ja nie zamierzam tego bagatelizować.
Oburzona McGonagall wyszła ze skrzydła, nie oglądając się za siebie. Dumbledore ruszył pospiesznie za nią. Severus wątpił, by udało mu się zmienić zdanie Minervy. Sam stałby się nieubłagany, gdyby chodziło o jednego z jego wężów. Szybko jednak oczyścił umysł ze wszystkich myśli. Miał życie do uratowania.

18 marca 1997 roku


Przy śniadaniu w Wielkiej Sali panowała nienaturalna wręcz cisza. Uczniowie nawet nie szeptali między sobą. Wszyscy ze zniecierpliwieniem czekali na jakiekolwiek wieści. Nikt nie odważył się również wziąć do ust nawet kęsa. Ryzyko było zbyt wielkie, by podejmować je dla czegoś tak przyziemnego, jak głód.
Drzwi do Wielkiej Sali otworzyły się z trzaskiem. Pierwszym, co rzuciło się wszystkim w oczy, były czerwone szaty Aurorów. Następną była grobowa mina towarzyszącej im McGonagall. Grupa ruszyła prosto do stołu prezydialnego i siedzącego przy nim Dumbledore’a. Doszło między nimi do szybkiej wymiany zdań, po czym dyrektor powstał i powoli patrzył po twarzach uczniów. Wszyscy czekali z zapartym tchem na jego słowa.

- Mam dla was smutną wiadomość. Wczoraj, po wielu godzinach walki przez uzdrowicieli, odszedł Ronald Weasley. Wielu zapewne znało tego niezwykle dzielnego amatora szachów, jako jednego z was. Liczę na to, że uczniowie Hogwartu będą wspierać jego przyjaciół w żałobie. Hogwart nie zapomni.

Pod koniec swojej przemowy ruszył ręką i wszystkie dekoracje w Sali zmieniły kolor na czarny.

W innej części zamku, pod białym prześcieradłem, leżało sztywne ciało nastolatka.

Wojna dotarła do Hogwartu.